Patointeligencja

Ach, ta dzisiejsza młodzież…

Kiedy o hip-hopowym numerze Krystyna Pawłowicz dyskutuje z Magdaleną Ogórek, a TVP używa go jako oręża w szerzeniu swojej specyficznie rozumianej misji, wiedz, że coś się dzieje. Ja tylko zastanawiam się co, bo wciąż nie rozumiem, skąd ten szum wokół „Patointeligencji”.

Do napisania tekstu o młodym pokoleniu polskich raperów zbierałem się już od dłuższego czasu. Miałem w głowie zarys artykułu z jego najważniejszymi tezami, miałem wypisane ksywki i albumy, o których chcę wspomnieć. Aż przyszła feralna środa 11 grudnia, kiedy to na YT zagościła „Patointeligencja”, nie tylko wywracając do góry nogami całą koncepcję mojego wpisu, ale też z miejsca stając się kolejnym kamieniem milowym rodzimej rap-sceny. Niezależnie od tego, czy zasłużenie, czy może niekoniecznie.

Ale o tym za chwilę. Najpierw garść faktów. 4 mln wyświetleń po niespełna tygodniu, nr 1 na karcie „Na czasie”, skokowy wzrost zapytań w Google’u i jeden z najbardziej trendujących hashtagów na Twitterze.

Liczby nie oddają jednak w pełni skali zjawiska. Bo o kawałku Maty zdążyli już wypowiedzieć się wszyscy. WSZYSCY. Dziennikarze, politycy, celebryci. Portale muzyczne, plotkarskie i opiniotwórcze. Ludzie znający się na rapie i nieznający się nim w ogóle. Każdy czuł wewnętrzny przymus, by wrzucić link na swojego walla, dopisują przy tym parę okrągłych zdań o tym, jaki to ważny, przełomowy, wręcz epokowy numer jest.

A że akurat w tym samym tygodniu Olga Tokarczuk odbierała Nagrodę Nobla, to nie mogło zabraknąć również komentarzy stawiających w jednym zdaniu, obok siebie, świeżo upieczoną noblistkę i młodocianego rapera. Zbigniew Hołdys poszedł nawet bardziej międzynarodowo, zestawiając Matę z Gretą Thunberg. Aha, jeśli macie wątpliwości, czy aby nie przesadziłem, pisząc kilka zdań wyżej, że na temat „Patointeligencji” głos zabrali naprawdę wszyscy…

Paranoja? To jeszcze nic. Kwintesencją całego zamieszania i – cytując klasyka – „truskawką na torcie” był materiał w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP, łączący – z finezją i wyrafinowaniem charakterystycznym dla tej stacji – hip-hopowy kawałek z „sędziowską kastą” i postacią ojca rapera. Bo, gdyby przypadkiem ten niuans Wam gdzieś umknął, ojcem Maty jest Marcin Matczak, radca prawny, regularnie pojawiający się w mediach i krytykujący obóz rządzący od samego początku kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Obecnie jednak pan Matczak skupia się nie tylko na walce o niezawisłość sądów, ale też na muzycznej karierze syna. I to skupia się bardzo aktywnie, o czym może świadczyć choćby ten fragment wywiadu Maty dla CGM albo opublikowany na blogu prawnika swoisty dekalog młodego rapera. Żeby była jasność: bardzo dobrze, że to robi. Piszę to bez cienia szydery, bo w końcu od tego są ojcowie, by wspierać swoje dzieci w realizowaniu pasji.

Ma to jednak swoje także mniej przyjemne konsekwencje, bo oprócz takich materiałów jak ten w TVP, pojawiają się również głosy, że cały ten hype wokół Maty został sztucznie napompowany, że to medialna „ustawka” za pieniądze ojca, a młody raper to uosobienie tego, co w USA zwykło się określać mianem „industry plant”. Szczerze, nawet niespecjalnie mnie obchodzi, czy jest w tym choćby jedno ziarno prawdy. Bo mówiąc wprost, ja przede wszystkim zupełnie nie rozumiem, o co ten cały szum.

Ustalmy jedno: „Patointeligencja” to nie jest zły kawałek. Fajnie poskładany technicznie, poprawnie zarapowany, z dobrym bitem. Mam z nim jednak jeden poważny problem. A mianowicie: nie kupuję tego, o czym Mata nawija. Te wszystkie groźne miny na teledysku, te krzyki i spazmy, te – z założenia – szokujące teksty w stylu „mój ziomo pedofil, mój ziomo nekrofil” czy wersy o pie*doleniu rodziców. Nie poczułem żadnych emocji. Nic, zero, null.

Może dlatego, że – oczywiście zdając sobie sprawy z hiperbolizacji jako standardowego zabiegu w utworach literackich – nie czuję w tym autentyczności. I nie, że jestem stary (choć jestem) i nie rozumiem współczesnej młodzieży. Bo gdy o podobnych sprawach rapuje Bedoes, choćby w kawałku „1998”, to ja temu chłopakowi wierzę i jego wersy potrafią ścisnąć mnie za gardło. Wersy Maty wywołują u mnie co najwyżej wzruszenie ramion. Zwłaszcza, że wiele sytuacji, o których rapuje, dla osób – takich, jak ja – których okres nastoletni przypadał na przełom XX i XXI wieku, są czymś zupełnie normalnym. I każdy, o ile nie doświadczył ich na własnej skórze, to na pewno widział je w szkole i na podwórku.

Długo się zastanawiałem, dlaczego akurat ten numer wywołał aż takie zamieszanie. I – odsuwając na bok ewentualne podejrzenia o „ustawkę” – jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że nagrał go nie kolejny, zadziorny młody typ z bloków, tylko grzeczny chłopak z bogatego domu. I co poniektórym mogły się otworzyć szczelnie zasłonięte do tej pory klapki.

Bo okazało się, że alkohol, narkotyki, antydepresanty i cała reszta to nie tylko codzienność dzieciaków z nizin społecznych, ale też „bananowej” młodzieży z prestiżowych, warszawskich liceów. Zresztą bardzo podobne przemyślenia zdaje się mieć Jakub Żulczyk, który trafnie zdiagnozował całą sytuację na swoim Facebooku.

Mierzą mnie tę nadęte nagłówki i odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki wyświechtane slogany: „głos pokolenia”, „krzyk rozpaczy”, „manifest młodzieży” czy „najważniejszy numer w historii polskiego rapu”. Bo kawałków mocniejszych, bardziej wstrząsających, lepiej diagnozujących problemy młodych ludzi było już u nas całe morze. Nagrywał je i Pezet prawie 20 lat temu („Ukryty w mieście krzyk”), i całkiem niedawno wspomniany już Bedoes („Gustaw”).

Nagrywał je wreszcie – i to przykład najsilniej uderzający – Zioło, który bez groźnych grymasów i w dość lekkodusznym stylu opowiadał o sprawach przyprawiających o dreszcze. Tym bardziej przyprawiających dziś, gdy wiemy, jak (i piszę to z autentycznym bólem serca) niestety skończył ten jeden z najlepszych i jednocześnie najbardziej niedocenianych raperów swojego pokolenia.

A pamiętasz może moment, kiedy przestaliśmy patrzeć krzywo na mocniejsze rzeczy niż lolek i piwo?
Śmialiśmy się z leszczy zrobionych amfetaminą
Śmialibyśmy się z ciebie jakbyś nam wtedy zdradził przyszłość
Co ty ziomek, jaki koks, jakie kurwa piko
Nigdy nic nie wjebie w nos, ja natural tylko
Naturalną konsekwencją naszych wyborów, szybkiego startu, było uderzenie w blok przez paru z nas tu
My, konsumenci z dobrych domów, ofiary wolności wyboru i nienaturalnych ilości bodźców
Oślepieni przez łazienkowe światła, odbite w wyciąganych tam kredytowych kartach

Po jednego z nas panna wpadła po 12, bo dostał drgawek raz, jak było trochę za fajnie

A gdyby ktoś chciał skwitować te wywody krótkim „ok, boomer”, zrzucając moje utyskiwanie na karb niezrozumienia/nielubienia nowej fali w polskim rapie, to chciałbym delikatnie zaoponować i wrócić choć na moment do pierwotnego założenia tego tekstu, czyli przelotu po najciekawszych newcomerach na scenie. A jest ich całkiem sporo.

Taki choćby Frosti Rege, który zaczął 2019 rok bardzo dobrą EP-ką z Holakiem, a zakończył świetnym solowym „Midasem”, w tzw. międzyczasie wbijając bez pardonu do studia newonce.radio, przejmując mikrofon i nawijając na żywo 160 wersów. To był jedno z najbardziej imponujących wydarzeń na polskiej scenie w tym roku. Wow.

Słuchając Frostmena, wierzę w jego uliczne historie, tak jak wierzyłem swego czasu w to, co nawijał (zachowując oczywiście wszelkie proporcje) Notorious B.I.G. Czuć, że to real talk, a nie wystudiowana maniera. Jest charyzma, jest bezczelność, momentami ocierająca się o chamstwo. Jest RAP.

Inne moje tegoroczne odkrycie to duet Miętha, plasujący się – względem Frostiego Rege – na przeciwległym biegunie polskiego rapu. Tu z kolei mamy laidbackowy klimat, organiczne brzmienie oraz teksty o kapciach i herbacie. I wiecie co, to też jest świetne i świeże.

A są jeszcze inni, młodzi i bardzo utalentowani. Schafter, Oki, Kabe, Jan-rapowanie, Zdechły Osa czy przywoływany już tu kilkukrotnie Bedoes. Nawet do Żabsona zacząłem się przekonywać po „Internaziomal” i albumie Chillwagonu. Sprawdziłem też, może już bez przesadnego entuzjazmu, ale wciąż z szacunkiem, albumy Young Igiego, Wiktora z WWA, Zeamsone’a czy White’a 2115.

Słowem, zarzucić możecie mi wiele, ale nie to, że z góry skreślam wszystko, co nowe i z młodego pokolenia. Już to kiedyś pisałem, ale z przyjemnością powtórzę: nie dzielę rapu na newschool i oldschool, dzielę rap na dobry i słaby. To zawsze było u mnie jedyne kryterium. Dlatego wciąż nie mogę pojąć, o co ten cały hałas z „Patointeligencją”.

foto główne: youtube.com

Dodaj komentarz