OFF Festival 2018. Artur Rojek robi to dobrze!

To był mój pierwszy OFF Festival. I na pewno nie ostatni. Bo to – po prostu – świetny festiwal jest. I nie chodzi tylko o występujących tam artystów, choć i im niczego nie brakuje.

Mam dość spore doświadczenie festiwalowe. Bodaj 9 zaliczonych z rzędu Open’erów, kilka Hip Hop Kempów plus parę innych podobnych eventów. Ale na OFF-a jakoś zawsze było mi nie po drodze. Inaczej, nawet nie tyle nie po drodze, bo odkąd pamiętam, zawsze chciałem tam pojechać, ale każdego roku coś stawało na przeszkodzie. Teraz się udało i już wiem, że prawdopodobnie w 2019 znów pojawię się w Katowicach. Niezależnie od line-upu.

Bo – przynajmniej w moim odczuciu – to nie ksywki artystów i nazwy zespołów są tym, co tworzy klimat tego miejsca i co decyduje o jego wyjątkowości. Jasne, na festiwale jeździ się przede wszystkim dla muzyki, ale w przypadku OFF-a, równie ważne, o ile nawet nie ważniejsze, są sceneria, w jakiej odbywa się festiwal i panująca tam atmosfera.

Parafrazując tytuł, skądinąd świetnego, filmu braci Coenów, „to jest festiwal dla starych ludzi”. I bynajmniej nie odbierajcie tego pejoratywnie. Wręcz przeciwnie. Jako 35-letni dziad, czułem się tam znakomicie. OFF jest kameralny, przyjazny i – jakkolwiek debilnie to zabrzmi – sympatyczny.

Po prostu, miło się tam spędza czas – zarówno słuchając koncertów, jak i sącząc piwko, Aperola czy Jegera z Red Bullem, jedząc jakąś dobrą szamę (tej naprawdę tam nie brakuje) czy po prostu czillując na leżaku lub kocu. Jest tam zielono, ładnie (czy raczej, używając slangu mojej szanownej małżonki, „instagram friendly”) i przede wszystkim – WSZĘDZIE BLISKO. Docenią to ci, którym choć raz dane było przemierzać połacie lotniska w gdyńskim Kosakowie, pokonując w tę i z powrotem trasę między rozrzuconymi na przestrzeni kilku kilometrów scenami. Zaręczam, spacery po katowickiej Dolinie Trzech Stawów to czysta przyjemność, po której na bank nogi nie będą wam włazić sami wiecie, gdzie.

Kolejny aspekt to absolutny brak, znanych z innych festiwali, przypałowych sytuacji. Nikt nie zatacza się pijany (owszem, widziałem kilka podchmielonych osób, ale wszystko w granicach festiwalowego rozsądku), nikt nie rzyga w krzakach, nikt się z nikim nie bije, nikt nie wyłudza hajsu, piwa czy papierosów. Nikt nie chce ci wpie*dolić tylko dlatego, że przypadkowo trąciłeś go ramieniem idąc w tłumie lub – nie daj boże – wepchnąłeś się przed niego w kolejce do toi toia. Pełna kultura i czill.

No i nie ma gimbazy. Serio, jako gość słuchający rapu od dobrych 20 lat, coraz mniej lubię chodzić na hip-hopowe koncerty. Czuję, że coraz mniej tam pasuję i mam coraz mniejszą ochotę przebywać w tłumie nawalonych (alko czy innymi specyfikami) dzieciaków. Sorry, może po prostu zezgredziałem jak Eldoka z WWA, ale na typowych rapowych gigach, na których jeszcze kilka lat temu czułem się jak ryba w wodzie, teraz stoję gdzieś tam z tyłu i staram się odizolować od wrzeszczących i skaczących nastolatków. OFF Festival to pod tym względem bajka. Owszem, jest sporo młodzieży, ale jakaś ta młodzież spokojniejsza, mniej narzucająca się samą swoją obecnością i zwyczajnie – mniej wku*wiająca.

No dobra, ale może coś o muzyce byś napisał? Spoko.

Dzień pierwszy, czyli Bishop pozamiatał

Jak wspominałem w tekście zapowiadającym OFF Festival, najbardziej czekałem na koncert Bishopa Nehru, czyli jedynego w tegorocznym line-upie amerykańskiego rapera z krwi i kości. U know what I mean. No i nie zawiodłem się, bo gość, kolokwialnie mówiąc, roz*ebał. Mimo stosunkowo wczesnej godziny i wciąż wysokiej temperatury powietrza, czyli generalnie warunków niekoniecznie sprzyjających żywiołowym występom, Bishop swoją energią, freestyle’ami i świetny kontaktem z publiką, z miejsca zyskał sympatię i szacunek zgromadzonej pod Sceną Trójki gawiedzi. Dokładając do tego bardzo wysokie, stricte rapowe skille, mamy przepis na hip-hopowy gig idealny. Dla mnie absolutny numer jeden tegorocznego OFF-a.

No i jeszcze ten crowdsurfing, uwieczniony przez samego rapera. Zresztą, zobaczcie sami.

SHOW WAS CRAZY 💚😩 THIS IS MY FIRST TIME IN POLAND TOO. I LOVE YALL.

Post udostępniony przez EMPEROR BISHOP NEHRU (@bishychulo)

Drugim koncertem pierwszego dnia festiwalu, na który też ostrzyłem sobie zęby, była M.I.A. Tu niestety wyszła, ni mniej, ni więcej, tylko kupa. Gwiazda pojawiła się na scenie zblazowana, bez energii (pod tym względem całość ratowała bardzo żywiołowa DJ-ka), niemal od samego początku toczyła słowne potyczki z akustykiem, jakby zapominając, że ludzi nie obchodzi to, czy mikrofon jest dobrze ustawiony, czy nie. Jasne, rozumiem, że problemy techniczne mogą być irytujące, ale bez jaj, można było nawet i w takich okolicznościach postarać się bardziej. Słowem, wielkie rozczarowanie.

Dzień drugi, czyli Aurora olśniła

Jeśli chodzi o dzień drugi, bardzo chciałbym napisać, że świetnie rozpoczęła go MIN t (którą uwielbiam), ale przy panującym w Katowicach upale, zjawienie się na festiwalu już parę minut po godzinie 15 byłoby samobójstwem, więc z wielkim bólem serca odpuściłem ten występ.

Danke @offfestival ! 🙈 fot: @ishootmusic Clothes: @225clique

Post udostępniony przez MIN t 🍃 (@min_t_mk)

A gdy już w Dolinie Trzech Stawów zrobiło się ciemno, a temperatura znacznie spadła, nastała magia. Wszystko za sprawą Aurory, niepozornej norweskiej wokalistki o krystalicznym, a zaraz potężnym wokalu (co szczególnie uderzało, gdy w przerwach między piosenkami odzywała się do publiczności cieniutkim głosikiem 15-latki), którym uwiodła chyba wszystkich zgromadzonych pod Sceną Leśną. Kapitalny, zapadający na długo w pamięć występ.

Najcudowniejsza osóbka na świecie 💙

Post udostępniony przez Wiktoria Zielska (@itspure_)

Nieco rozczarowały mnie koncerty na Scenie Miasta Muzyki. Skalpel Big Band, niczego nie ujmując panom, którzy pojawili się na estradzie, bo to oczywiście fachowcy czystej wody, ale jednak przynudzał. To muzyka, która sprawdziłaby się pewnie w kameralnym, najlepiej przydymionym klubie, ale już na największej, festiwalowej scenie – niekoniecznie. Nie porwała także Charlotte Gainsbourg, ale tu się nie upieram, bo raz, że koncertu słuchałem jednym uchem, a dwa – że to zupełnie nie moje klimaty muzyczne, więc możliwe, że się najzwyczajniej w świecie nie znam.

Tak wyglądało to „od kuchni”. #skalpel #skalpelbigband #offfestival

Post udostępniony przez Igor Boxx (@igorboxxofficial)

Na koniec sobotniego wieczoru wpadłem pod Scenę Leśną, by sprawdzić, jak sobie radzi David August. A radził sobie całkiem, całkiem, wprawiając najwytrwalszych festiwalowiczów (było już grubo po 1 w nocy) w muzyczny trans.

@davidaugustx | @offfestival

Post udostępniony przez Tomek Matejuk (@badzik71)

Dzień trzeci, czyli… czill

Dobra, nie będę świrował. Trzeci dzień festiwalu spędziłem przede wszystkim w strefach gastro, leżąc na kocu albo siedząc na leżaku, a muzyki słuchając głównie z oddali i tylko części koncertów, bo wieczorem trzeba było się zawijać i wracać do Wrocławia. Dlatego daruję sobie jakiekolwiek muzyczne podsumowania, choć i Daniel Spaleniak brzmiał całkiem przyjemnie, i duet Bass Astral x Igo dał radę. Szczególnie żałuję, że nie zobaczyłem, co na scenie wyczynia Big Freedia. Ponoć był ogień, co potwierdzają zdjęcia i filmy.

offfffff. Big Freedia love #offfestival2018 #bigfreedia #offfestival #katowice

Post udostępniony przez Marta Słyk (@pani_koza)

Słowem zakończenia, bo i tak pewnie mało kto przebrnie przez taki blok tekstu. OFF Festival to świetny event, w bardzo przyjemnych okolicznościach natury, z pozytywnymi ludźmi i dobrą strawą. No i oczywiście ze znakomitą, daleką od banału muzyką. Jeśli szukacie festiwalu, gdzie nieprzesadnie się zmęczycie, gdzie miło spędzicie czas, przy okazji słuchając mniej popularnych, ale bardzo ciekawych artystów, gdzie nie będzie was atakował dziki tłum, w większości pijanych ludzi – jedźcie koniecznie do Katowic. Artur Rojek robi to dobrze. See you in 2019.

Wszystkie zdjęcia wykorzystane w niniejszym artykule są autorstwa mojej szanownej małżonki, znanej też jako Fotoaktywna. Zerknijcie na jej stronę albo Instagram.

Dodaj komentarz