Król jest nagi, ale za to w świetnej formie

Maskarada się skończyła, maski opadły i została już tylko muzyka. Na całe szczęście, sama broni się znakomicie. Quebonafide wrócił nieco wyciszony, przynosząc nam jednocześnie swój najlepszy album w karierze.

O otoczce promocyjno-marketingowej wokół nowego wydawnictwa Quebonafide napisano już w zasadzie wszystko, więc nie ma sensu, bym powtarzał tu po raz n-ty tezy i wnioski, które padły już w innych zakamarkach internetu. A jeśli chcecie odświeżyć sobie pamięć, polecam artykuł na newonce.net, gdzie krok po kroku przedstawione są najważniejsze kamienie milowe całej kampanii, o której – tego akurat jestem pewien – będzie się mówiło przez długie lata i to nie tylko w branży muzycznej.

Ja, będąc pod ogromnym wrażeniem skali i rozmachu działań Que i jego ekipy, miałem jednak gdzieś z tyłu głowy pewną obawę, by produkt finalny tejże kampanii nie okazał się być niewystarczająco wysokiej jakości, biorąc pod uwagę zaangażowane w to przedsięwzięcie środki. Także finansowe. Innymi słowy, by z wielkiej chmury oczekiwań nie spadł mały, rapowy deszcz. Bo przecież koniec końców liczy się w tym wszystkim muzyka. Dlatego za odsłuch „Romantic Psycho” (tej właściwej płyty, nie preludium w postaci w demówki nagranej przez Kubę wespół z ziomkami z Ciechanowa, przywołującej czasy, gdy polski rap był w powijakach) zabierałem się ze sporą dozą ostrożności. Bałem się po prostu rozczarowania.

Okazało się, że zupełnie niesłusznie. Już pierwszy z opublikowanych nowych tracków (trzy singlowe numery z pierwotnej wersji „Romantic Psycho”, znane już dużo wcześniej, ostały się również na „Japan edition”) rozwiał wątpliwości, że mamy do czynienia z rzeczą dużą, o ile nie wielką, jak na rodzimy hip-hop. Po kilkunastu sekundach skończyły się domysły odnośnie tatuaży i całego, wykreowanego kilka miesięcy temu image’u Quebo A.D. 2010. A gdy wjechały, jakże bliskie memu sercu wersy „przecież życie piękne jest jak Wrocław”, byłem kupiony w 100%.

Wrócił stary (ale nie aż tak stary!) Quebonafide, rozdając przy okazji kilka prztyczków w nos. Najmocniej – i powiedzmy sobie wprost: zupełnie zasłużenie – oberwało się Sebastianowi Fabijańskiemu, któremu Kuba poświęcił kilka dosadnych linijek:

Słowo „sukces” sprawia, że chciałby cię zabić każdy
Raperzy rozumiem, ale kurwa Fabijański?!
Idę sobie biegać pięknym świtem nadwiślańskim
Nie mogę przejmować się tym, co gadają błazny
W moim filmie bracie to nie hajs gra rolę
Gdybym się urodził z tak zamkniętą głową
Pewnie raczej też chciałbym zostać aktorem
Tylko po to, by jak najrzadziej być sobą, słowo

Zanim zaczniecie stawać w obronie jednego z ulubieńców Patryka Vegi i zastanawiać się, co też Que chce od tegoż aktora, posłuchajcie sobie jego wywodu, w którym nie dość, że wykazuje totalną zaściankowość w kwestii rapu, to jeszcze dość bezpardonowo atakuje ciechanowianina (audycję znajdziecie na Soundcloudzie, a fragment, o którym wspominam zaczyna się w okolicach 11 minuty). Kto mieczem wojuje, od miecza ginie, a że w rapie szable zastępują mikrofony, Quebo rozwiązał sprawę po staroszkolnemu. Beef is beef. Aha, gdybyście przypadkiem zastanawiali się, jak na tę zwrotkę Kuby zareagował Sebastian F., możecie to sprawdzić w środowym Hejt Parku na Kanale Sportowym. Ale lojalnie ostrzegam: oglądacie to na własną odpowiedzialność, ja wytrzymałem minutę. Laikike1 skwitowałby to pewnie w swój charakterystyczny i jakże lapidarny sposób.

Zostawiając już jednak te personalne animozje i wracając do meritum, to zakończenie klipu „SZUBIENICAPESTYCYDYBROŃ”, w którym Kuba nawiązuje do okładki „Swimming” Maca Millera, dość jednoznacznie sygnalizuje, czego możemy spodziewać się po całym albumie. Dodajmy, że nieodżałowany Malcolm McCormick był wielkim idolem Que, o czym świadczą m.in. wersy z „NIEPŁACZĘPONOTREDAME” (Stary szczerze, łzę uroniłem może po Mac Millerze) czy post na Instagramie opublikowany po śmierci tego artysty.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Moja największa inspiracja. Postać bez której nie byłoby w moim życiu tego wszystkiego co jest teraz. Chciałbym żeby każdy kto tytułuje się jako fan tego co robię zapoznał się z jego sylwetką, bo nie było dla mnie muzycznie nikogo tak ważnego. Czuję się jakby zmarła cząstka mnie, jakby zmarł mój rok młodszy mentor, jakby zmarł mój przyjaciel. Wyparowało moje ostatnie marzenie i nadzieja na nagranie kawałka albo chociaż zamienienie kilku słów z tym gościem. Nigdy nie przestałem się o to starać i z pełnym przekonaniem mówiłem, że to zrobię. Nie zrobię. Jestem kompletnie zdruzgotany. Dziękuję za wszystko Mac, Twoja muzyka była ze mną od samego początku, od Twojej pierwszej płyty, we wszystkich dobrych i złych momentach. Nigdy w nią nie zwątpiłem. Spoczywaj w pokoju. „YOU ARE MY TRUE SOULMATE MAN, YOU REALLY ARE”.

Post udostępniony przez QUEBONAFIDE (@quebahombre)

I tak, jak Mac Miller miał swoje „The Divine Feminine”, czyli muzyczny list miłosny do Ariany Grande, tak „Romantic Psycho” w całości można potraktować jako hip-hopowe wyznanie uczuć do obecnej partnerki Kuby, czyli Natalii Szroeder. Pięknie wypada to zwłaszcza w – jakże bliskim każdemu fanowi rapu, którego dziewczyna niekoniecznie podziela jego muzyczne fascynacji – „TĘSKNIĘZASTARYMKANYE”, gdzie Que wchodzi w dwugłos z Natalią, rapując:

Chcę ją zarazić rapem, nauczyć „Blonde” na pamięć
Czekam aż szepnie zdanie: „Tęsknię za starym Kanye”

Na co wokalistka potrafi się cudownie odgryźć:

Ale i tak wolę Miley, no i Billie Eilish
Powiedz tym raperom, żeby mi nie słali smile’i
Żaden z nich raczej nie leci jak Childish Gambino
Już chyba wolę słuchać Kylie Minogue

Takich smaczków i niuansów na „Romantic Psycho” jest cała masa i dopiero zaczynam je sukcesywnie – z każdym odsłuchem – wyłapywać. Dlatego na razie dzielę się bardziej spostrzeżeniami odnośnie ogólnych wrażeń artystycznych, nie skupiając się na technicznych detalach.

A ogólne wrażenie są takie, że Quebonafide jest dużo bardziej skupiony na treści niż na formie, czyli odwrotnie niż na kilku poprzednich swoich solówkach. Nie ma tu wygibasów z flow, nie ma rapowania z obłędem w oczach, nie ma darcia japy. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, odpalcie „Madagaskar”.

„Romantic Psycho” to – mimo zaangażowania do współpracy wielu znakomitych muzyków – bardzo kameralny, wręcz intymny album. Posłuchajcie jak w kapitalnym „BUBBLETEA”, wespół z niesamowicie ciepłym wokalem Darii Zawiałow, wyznaje:

Gdybym miał strzelać w niebo zawsze gdy zaczynam tęsknić
To posłałbym tam w górę więcej kulek im niż Nesquik
Po moim mieście snuję się jak zakochany Szekspir

Albo gdy w zamykającym album „TOWSZYSTKOBYŁODLACIEBIE” deklamuje przejmującą zwrotkę, ocierającą się o emocjonalny ekshibicjonizm:

Naszyjniki z pereł
Hollywoodzki dywan i Nike TN
Tłum przed Opener’em
Moje miasto ma prawie dwa razy mniej
Piękne ciała obok
Żadne z nich nie było jak bezpieczny port
Przy tobie jestem sobą
Chłopcem, rzucającym kamieniami w czołg
Wymyślałem siebie tyle razy w życiu
Że już zapomniałem, co to znaczy ja
Na szczęście mam wokół tych życzliwych typów
Którzy mi przypominają co i raz
Jestem marketingiem i nieśmiesznym memem
Czy mam drogie logo czy ten sprany tees
Mogę być kim zechcę dla was, a sumienie
Dawno mnie nie gryzie, już stępiło kły
Myślisz, że naprawdę mnie to rusza, dziecko?
Żadne twoje słowo mnie nie może boleć
Mogę być tym cwelem, ćpunem, całą resztą
Pomazanym chujem, tak jak ławka w szkole
Pieniądz nigdy nie był celem samym w sobie
No i teraz nie jest moim celem nadal
Zostałem raperem i po to to robię
Bo naprawdę nie potrafię wcześnie wstawać
Obok mnie są ludzie, którzy ze mną byli
W pieprzonych melinach, na pieprzonej krze
Nie interesuje mnie czym inni żyją
Nie mam na nic czasu, już tylko na miłość
Que

Mimo momentami dość ciężkiej, czasem wręcz dojmująco smutnej warstwy tekstowej (bo miłość, jak wiadomo, odcienie i smaki ma różne, a i osobowość ciechanowskiego MC zalicza się raczej do tych bardziej złożonych), albumu słucha się z wielką przyjemnością. Ogromna w tym zasługa producentów, których zaprosił do współpracy gospodarz. A producenci to nie byle jacy. Takiego zestawu, śmiem twierdzić, jeszcze na żadnej polskiej płycie rapowej nie było. Krime, Patr00, Emade, Kixnare, Czarny HIFI, Du:it, FORXST i kilku innych. Absolutne crème de la crème rodzimego bitmejkingu. I wszyscy, bez wyjątku spisali się na medal.

Podobnie zresztą, jak gościnnie udzielający się raperzy i wokaliści. Już samo namówienie Smarki Smarka do rzucenia kilku wersów (niezależnie od tego, czy – jak upierają się niektóre branżowe portale – to zupełnie nowa nagrywka, czy też jednak – jak wyjaśnia Kixnare, który zdaje się być najlepiej poinformowanym źródłem – odświeżone archiwalne nagranie) zasługuje na zapisanie złotymi zgłoskami w hip-hopowych annałach. Cud, na który od dekady czekali wyznawcy gorzowskiego MC, właśnie się ziścił.

A to tylko preludium przed tym, co dzieje się w dalszej części albumu, z momentem kulminacyjnym wypadającym niemal równo w połowie krążka. Myślę tu o „GAZPROMIE”. Boże, co to jest za numer. Na pewno najlepszy, jaki słyszałem w tym roku i na pewno jeden z najlepszych, jakie słyszałem w ciągu ostatnich kilku ładnych lat. Magiczny bit Czarnego, świetna, nagrana z ogromnym autodystansem zwrotka Que i na deser Sokół, który znów pokazał, kto w tej grze jest szefem, wchodząc z buta z wersami:

Młodsze o połowę panie proponują mi rozrywkę
Piszą w prasie, że jestem artystą, który robi biznes
Mam numery do połowy znanych ludzi
W klubach gratis w loży mi stawiają kubły wódki
Z nut to kojarzę tylko hasztag
Umiem zagrać na pianinie jeden numer do połowy na dwóch palcach
Liczę jak upośledzony, trwonię kasę
Na siłowni bylem raz, bo pomyliłem drzwi na basen
Lubię gruby balet, a u dziewczyn cienki pasek
Zimną wódkę, ciepły obiad i czasami tracę zasięg
W samolocie tak chrapię, że się budzę przerażony
Na afterach po Warszawie pogubiłem mikrofony
Przykimałem w tylnej ławie kiedyś na kolegi ślubie
Nie umiem śpiewać, bo nie lubię
Ale kocham żyć, jak wybijam się na miasto
Bo nie posiadając nic zbudowałem sobie Gazprom

Majstersztyk, który na koncertach (jak tylko się ta przeklęta kwarantanna skończy) będzie banglał jak zły. Oj, będzie.

Wokalnie, oprócz wspomnianych już pań, czyli Natalii Szroeder i Darii Zawiałow, pojawiają się także – ze znakomitym efektem – m.in. Mrozu, Ralph Kamiński, Sentino, Vito z Bitaminy czy Kiełas. Gościnnych występów jest tu dużo, ale żaden nie wydaje się zbędny, każdy – kolokwialnie rzecz ujmując – siedzi idealnie. Słychać, że to niesamowicie przemyślana i dopracowana płyta. Epickie (tak, to nadużywane słowo, ale tu pasuje ja ulał) wydawnictwo, które jednocześnie pozostaje na wskroś osobistym dziełem. To sztuka, która udaje się tylko najwybitniejszym w swoim fachu artystom. A takim Quebonafide w polskim rapie jest bez dwóch zdań. Trawestując środowy wpis rapera na FB: hej, tęskniliśmy, dobrze, że wróciłeś.

Dodaj komentarz