Taco na fejmie Quebo, Que na renomie Taco. I o co cały ten szum?

„Soma 0,5 mg” duetu Taconafide to nie jest album wybitny. To nie jest nawet album bardzo dobry. Ale żeby tak od razu wylewać na tę płytę wiadro pomyj, tylko dlatego, że Taco Hemingway i Quebonafide w ogóle ją nagrali i chcą na niej zarobić? Dajcie spokój.

Na początek kilka liczb. Taco – ponad 276 tys. fanów na Facebooku i 255 tys. obserwujących na Instagramie. Quebo – analogicznie – prawie 390 tys. na FB i 522 tys. na IG. Do tego „Egzotyka” Quebonafide była najlepiej sprzedającym się albumem w Polsce w 2017 roku (wyprzedzając Eda Sheerana i Depeche Mode), a „Szprycer” Taco zajął w ubiegłorocznym zestawieniu OLiS 20 miejsce.

Jedziemy dalej. Single z „Somy” w mgnieniu oka wykręciły na YouTube’ie zawrotne liczby. Wedle stanu na 19 kwietnia: „Art-B” – 12,4 mln wyświetleń, „Tamagotchi” – 24,7 mln, „Metallica 808” – 5,2 mln i „Kryptowaluty” – 6,7 miliona. Że nie wspomnę o totalnym przejęciu przez obu panów serwisów streamingowych (sprawdźcie, jak wyglądają zestawienia najpopularniejszych kawałków na Spotify czy Tidalu).

A, no i jeszcze jedno. Koncerty w ramach trasy Ekodiesel Tour zaplanowano w największych halach koncertowych w największych polskich miastach – od warszawskiego Torwaru, przez krakowską Tauron Arenę i poznańską Areną, na Hali Stulecia we Wrocławiu kończąc, a na większość eventów bilety wyprzedały się na pniu.

To wszystko pokazuje, że mamy do czynienia z bezprecedensowym zjawiskiem na polskiej scenie hip-hopowej. Dwóch gości ze ścisłego topu najpopularniejszych rodzimych MC’s łączy siły i nagrywa album, który już na starcie rozbija bank (poczekajmy jeszcze na pierwsze informacje o liczbie sprzedanych płyt, choć w zasadzie pewne już jest, że pęknie 100 tys. egzemplarzy), a od lat ignorowany przez wszystkie mainstreamowe media polski hip-hop znów wyziera z każdego zakamarka. O płycie Taconafide czytałem i rzeczową analizę w „Polityce”, i plotkarskie artykuły na Pudelku, i pisane pod SEO teksty na stronie Radia Eska. Słowem, komercha pełną gębą.

Mam to szczęście (a może, patrząc w metrykę, jednak niekoniecznie szczęście), że dorastałem wraz z polskim rapem. Zaczynałem słuchać tej muzyki w połowie lat 90. XX wieku, gdy rodzimy hip-hop był w powijakach, a szlaki przecierał Liroy (notując kosmiczne, przez pryzmat dzisiejszych realiów, wyniki sprzedaży – „Alboom” rozszedł się bowiem w nakładzie ponad pół miliona egzemplarzy). A potem – na przestrzeni kolejnych dwóch dekad – obserwowałem różne próby wdarcia się na salony i podbicia lokalnego szołbizu. Oczywiście najjaskrawszym, wspominanym do dziś z uśmieszkiem politowania przykładem jest tu hip-hopolo, z jego prominentnymi przedstawicielami – Mezo, Verbą, Ascetoholix czy Jeden Osiem L.

Ale do bram pukali też inni, dużo bardziej zasłużeni dla lokalnej sceny, darzeni większą estymą i po prostu prezentujący zdecydowanie wyższy poziom, jak choćby Peja („Głuchą noc” swego czasu grano chyba na każdej dyskotece w Polsce), Borixon przyodziany w platynowe sombrero czy Tede, który na wiele lat przed tym, nim stało się to modne, rapował bez ogródek o hajsie i zapraszał do współpracy popowe wokalistki.

Po premierze albumu duetu Taconafide obserwuję ciekawą dychotomię. Środowisko hip-hopowe (reprezentowane przez uznanych recenzentów czy opiniotwórcze fora) w zasadzie bez wyjątku odsądza „Somę 0,5 mg” od czci i wiary. Dostaje się szczególnie Quebonafide, głównie za egzaltację, patos i dość infantylne teksty o miłości, ale generalnie mam wrażenie, że krytyka jest spowodowana po prostu tym, że takowy album w ogóle powstał. Bo jeszcze zanim usłyszeliśmy pierwszy singiel, padały hasła w stylu „skok na kasę” czy „sztuczny, marketingowy twór”. Oczywiście, rzetelne, merytoryczne recenzje, punktujące niedostatki, są jak najbardziej w cenie, bardziej chodzi mi o ogólną, przepełnioną hejtem i żółcią, atmosferę wokół tego krążka.

Z kolei mainstreamowe media przeginają w przeciwną stronę, doszukując się drugiego, a nawet trzeciego dna w jednak dość prostych, często miałkich i skierowanych do zdecydowanie młodszego audytorium tekstach (tu popłynął zwłaszcza redaktor Gazety.pl, uznając „Somę” za poruszające studium męskiej depresji – no, bez jaj). Nie wspominając o celebryckim statusie, jakiego dorobił się Quebonafide. Bo, gdy pojawiły się pogłoski, że ciechanowski MC spotyka się z popową wokalistką Natalią Szroeder, pisali o tym wszyscy. Tak, WSZYSCY.

Proponowałbym, zarówno zajadłym krytykom, jak i rozentuzjazmowanym, świeżo nawróconym wyznawcom, nieco ochłonąć. Gdzieś przeczytałem opinię, że to płyta zbyt dobra, by się do niej przypierdalać i zbyt słaba, by się nad nią spuszczać. W punkt.

Żeby nie było niedomówień. Ja obu raperów bardzo lubię. Co więcej, lubiłem ich zanim to stało się modne i mam na to twarde dowody. O, proszę: tu i tu. Ale mimo to nie zamierzam za wszelką cenę bronić Taco i Que przed krytyką i udowadniać, że „Soma” to album wybitny. Bo takowy zdecydowanie nie jest. Nie jest też znakomity ani nawet bardzo dobry. Jest zwyczajnie dobry i – jakkolwiek głupio i mało merytorycznie to zabrzmi, ale nie znajduję lepszego słowa – przyjemny. Bo po prostu przyjemnie się go słucha. Jadąc autem, biegając czy pracując. A o to przecież m.in. chodzi w muzyce. Żeby jej słuchanie sprawiało przyjemność.

Zresztą, umówmy się. To wcale nie jest taki lekkostrawny i bezpłciowy krążek, jak twierdzą co poniektórzy. To nie jest zestaw pozbawionych treści letniaczków w sam raz pasujących do słonecznej, wiosennej aury. Owszem, bity są dość cukierkowe, choć w swojej stylistyce w większości bardzo udane, abstrahując od casusu „Kryptowalut”. Bo to swoją drogą wstyd nie tylko dla producenta, zdecydowanie zbyt mocno „inspirującego się” numerem „Litty” Meek Milla, ale też dla panów raperów, którzy na etapie selekcji muzyki tego nie wychwycili.

Ale już to, o czym rapują obaj MC’s, wcale takie słodkopierdzące nie jest. Bo skoro w tekstach przewijają się i samobójcze myśli, i stany depresyjne, i dojmująca samotność, to znaczy, że życie topowego rapera w kraju nie musi być usłaną różami sielanką. Zresztą już sam tytuł albumu, odwołujący się do wymyślonego przez Aldousa Huxleya silnego antydepresanta, zażywanego przez bohaterów powieści „Nowy wspaniały świat”, w dobitny sposób to potwierdza.

I choć w rzeczy samej, Quebonafide dość często w swojej autoekspresji niebezpiecznie ociera się o karykaturalność, to jednak gdy nieco spuści z tonu, przyciszy głos, to potrafi mocno poruszyć wersami. Jak w pierwszej zwrotce „Sectumsempry”.

I wbrew temu, co twierdzi choćby Jakub Żulczyk, zupełnie nie odnoszę wrażenia, że to, o czym rapują Taco i Que jest nieautentyczne. Bo nawijają o sobie, nie krygują się, nie udają, że rap nie przynosi im profitów w postaci pieniędzy, sławy czy zainteresowania ze strony płci przeciwnej. I gdy rapują, że ta popularność ich męczy, że wolą czasem zostać w domu zamiast iść na melanż, to ja im wierzę.

I niech ktoś mi powie, że nie ma chemii między raperami. Wystarczy posłuchać, jak wymieniają się wersami w trzeciej zwrotce „Kryptowalut” i „Tamagotchi” czy jak zgrabnie nawiązują do swoich linijek w refrenie „Visy”, by dojść do wniosku, że nagranie wspólnego krążka chyba jednak trochę frajdy im sprawiło. Zachowując wszelkie proporcje, gdy Jay-Z i Kanye West wypuszczali „Watch the Throne”, też mnóstwo osób zarzucało im, że zrobili to tylko po to, by obrabować sejf z dolarami. Dziś nikt już tak nie mówi. Czy podobnie będzie z Taconafide? Pewnie nie, bo jednak „Somę” od „WTT” dzielą lata świetlne, ale mimo wszystko nazywanie tego albumu „komercyjną papką wymyśloną w gabinetach speców od marketingu” to jednak mocne nadużycie.

Poza tym, ja się akurat cieszę, że kiedy w końcu polski rap znów zagościł na salonach, ma twarz Quebonafide i Taco Hemingwaya, a nie tych wszystkich Young Multich, Young Igich czy Żabsonów. Bo obaj na to zasłużyli, sukcesywnie budując swoją pozycję na scenie. Bo obaj są po prostu dobrymi raperami, czującymi i kochającymi tę muzykę, a nie typami, co przerzucili się na rap z grania w gry na YT, bo zwęszyli w tym szansę na sukces i trzepanie hajsu. I jeśli mainstreamowy rap w Polsce ma być utożsamiany z Taconafide, to ja mogę temu tylko przyklasnąć i stwierdzić: bardzo proszę.

A że obaj patrzą na to całe zamieszanie wokół nich z lekkim przymrużeniem oka, niech świadczy choćby nieco autoironiczne wejście Fifiego w „Intro”:

Taco na fejmie Quebo, Que na renomie Taco
Spece od sentymentów, trochę tu groszy zgarną
Śpiewać jak w „Candy” będą i zwiększą swój portfel, brawo
Ty tak twierdzisz, ja bym chciał przekazać coś dzieciakom

Zresztą, swoją drogą, całe „Intro” to jeden z najmocniejszych momentów na płycie – począwszy od bitu Rumaka, przez teksty obu raperów, na cutach i skreczach Steeza kończąc. Cytowałem Taco, podrzucę też bardzo mocne wersy Que z tego numeru:

Wczoraj byłem dla niej kosmitą, dzisiaj dla mnie obca
Nauczycielki w szkole nie widziały dla mnie słońca
Mówiły mi, że skończę w rowach, albo gdzieś na dworcach
I to się zgadza, głupie suki, teraz gram na dworcach
Tylko, że H&M za te sztuki nam wypłaca w dolcach

Kończąc ten przydługi wpis. „Soma 0,5 mg” to nie jest album, do którego pewnie będę często wracał, nie wytatuuję sobie miłosnych sentencji, które z lubością serwują raperzy, ale też na pewno nie będę potępiał ich w czambuł, tylko za to, że ośmieli się nagrać album nieco bardziej popowy (choć, umówmy się, ostatnie solowe materiały obu graczy, czyli „Egzotyka” i „Szprycer” też takie były), skierowany do młodszych słuchaczy i – o zgrozo! – jeszcze chcą na nim zarobić.

2 myśli na temat “Taco na fejmie Quebo, Que na renomie Taco. I o co cały ten szum?

  1. Dobre. Serio. Tu o recenzji mówię, choć myślę, że dzięki bitom, naprawdę dobrym, utarł mi się już w głowie obraz „Somy 0,5 mg” jako bangera. Utwory, które mają nosić tłumami. Wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek nagranie z ich koncertu czy to w Krk, czy w Wwa, wszyscy szaleją, trójka energetycznych skurczybyków na scenie i każdy ma inny charakter. Krzysztof podśpiewuje i rzuca „Warszawaaa” i skrrt dla funu. Taco bardziej liryczny, ale czuć że w nim napięcie jest mocne, ale rozładowuje swoją wewnętrzną energię w zupełnie inny sposób, niż trzeci muszkieter, Quebo, który udowadnia, że jest niezłym wariatem, zwłaszcza na scenie. Skacze, krzyczy, odbija się od sceny jak piłka, podrzuca ramionami, zwija się adekwatnie do flow Taco, widać, że żyję tą muzyką. Widać wgle, że gostków cieszy ten projekt – nawet jeśli to trochę zmarnowany potencjał, bo intro wskazywało na album bardziej koncepcyjny, niż pop-rap o miłości, to wciąż bardzo doceniam, bo naprawdę chłopaki trzymają poziom.
    Dzięki Tomek, za tę recenzję, spójną i konkretną, fajnie piszesz.
    Pzdr
    M

  2. Ja też dziękuję za tę recenzję – możliwie obiektywna i w punkt. Od prawie miesiąca próbuję wyrobić sobie zdanie na temat tej płyty, w końcu wszędzie o niej piszą, a odczucia mam coraz bardziej ambiwalentne, ale jednocześnie dość zbliżone do Twoich. Jednak przy kolejnym przesłuchaniu już wiem, co mi tam tak bardzo przeszkadza, że odbieram ją raczej na minus – z tego całego Taconafide przeszkadza mi -nafide. Na pewno nie tylko mnie, to na takich artystów wiadra pomyj wylewają „oldskule”. Staram się tego nie robić, ostatecznie każdy ma własny gust, muzyka musi być różnorodna, żeby w ogóle iść do przodu, ale Quebo na tej płycie wydalił z siebie to, czego najbardziej nie cierpię, czyli przerost formy nad treścią. To takie tam moje niewiele znaczące zdanie. Ale fakt, bity mocno bujają i liczę na dalszy rozwój Taco. Za samo zamieszanie zresztą należą się gorące gratulacje obu artystom 🙂

Dodaj komentarz