Jak wygrać walkę o życie i nagrać najważniejszy album w karierze

ostr_cover
fot. Asfalt Records

O.S.T.R. to raper szczególnie mi bliski.

Pierwszy raz usłyszałem go kilkanaście lat temu na koncercie w nieistniejącym już Kolorze, gdy supportował bodajże Fisza. Był wówczas niemal zupełnie nieznanym młokosem, ale już wtedy zdradzał wielki talent.

Ujął mnie szczerością, bezkompromisowymi wersami, a przy tym wyjątkową – jak na polskie rapowe podwórko, zwłaszcza na początku XXI wieku – muzykalnością. Słychać było, że to gość po szkole muzycznej, obdarzony dobrym słuchem, panujący nad swoim głosem, a przy tym mający coś do powiedzenia i potrafiący ubrać swoje myśli w błyskotliwe wersy.

Potem, przez wiele lat, wszystkie jego płyty kupowałem w ciemno, a koncerty we Wrocławiu były dla mnie programem obowiązkowym.

Pamiętam jeszcze jeden występ live, w również nieistniejącej już WuZetce, w dniu, w którym urodził się jego pierwszy syn. Pamiętam wzruszenie O.S.T.R.-a, ale też wzruszenie publiczności. Magia.

Był jeszcze taki koncert, w ramach Nowych Horyzontów, gdzie Ostry grał z Pink Freud i w trakcie występu na scenę wbiegł kilkuletni Jasiek, wywołując ogromny aplauz i ogólną wesołość.

Moja przygoda z muzyką Ostrego jest naznaczona właśnie takimi głęboko zapadającymi w pamięć momentami.

Jasne, O.S.T.R. miał taki okres w karierze, gdy ilość wyparła jakość i serwowane hurtowo płyty ciężko było nazwać wybitnymi. Były przyzwoite, ale wtórne, wydawało się, że Adam stracił gdzieś pazur i nagrywa w kółko ten sam album. Nie brakowało wówczas głosów, że powinien zająć się tylko bitmejkingiem (jego produkcje nigdy nie schodziły poniżej pewnego, bardzo wysokiego poziomu), a rapowanie zostawić młodszym kolegom po fachu.

Pierwszym symptomem, że Ostry odzyskał ikrę była wydana dwa lata temu „Kartagina”. Za produkcję na tym albumie w całości odpowiadał ceniony Kanadyjczyk Marco Polo, co pozwoliło Adamowi bardziej przyłożyć się do tekstów. Efekt był więcej niż zadowalający.

Przełom przyszedł wraz z zeszłoroczną „Podróżą zwaną życiem”. O.S.T.R. zaskoczył wszystkich – znów rapował z werwą, dobierając niebanalne tematy (vide „Hybryd” traktujący o trudach godzenia życia zawodowego z rodzicielstwem), a nawiązanie współpracy z holenderskim kolektywem producenckim Killing Skills okazało się strzałem w dziesiątkę. Bity na tym albumie to absolutny światowy top – świeżość, przestrzeń, bogate aranżacje. Cud, miód i orzeszki.

A potem przyszło trzęsienie ziemi. Rapowe środowisko obiegła informacja o poważnej chorobie Ostrego, którą niemal przypłacił życiem. Długo nie było wiadomo, czy Adam w ogóle wróci do zdrowia, o powrocie do muzyki nie wspominając.

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Operacja się udała, Ostry wrócił do koncertowania, wreszcie – nagrał nową płytę. I to płytę – moim zdaniem – najważniejszą w jego karierze.

Pomysł, by cały album poświęcić chorobie – od pierwszych objawów, przez diagnozę, skomplikowane leczenie, rekonwalescencję, aż po powrót do zdrowia i muzyki – był ryzykowny. Łatwo było wpaść w pułapkę nadmiernej ckliwości czy patosu, które co prawda przy pierwszym kontakcie pewnie by wzruszały, ale na dłuższą metę wywoływałyby u słuchaczy co najwyżej ziewanie.

Ostry wyszedł z tego obronną ręką. „Życie po śmierci” to album spójny tematycznie, ale jednocześnie różnorodny, świetnie zarapowany, o produkcji nie wspominając, bo to znów (jeszcze raz chapeau bas przed Holendrami z Killing Skills) poezja.

Znakomite patenty na kawałki (choćby „Spowiedź”, gdzie Ostry rapuje o marihuanie jak o kobiecie, która złamała mu serce), wciągające historie (przypominający „Salsę” z debiutanckiego „Masz to jak w banku” numer „WudźTangClan”), poruszające, szczere teksty (weźmy chociażby tytułowy utwór) – O.S.T.R. znów potrafi przykuć swoimi wersami uwagę słuchacza, a płyta ma bardzo wysoki tzw. repeat value.

Tym albumem Adam ostatecznie zamknął usta krytykom, wieszczącym niechybny schyłek jego kariery. Z ciężkiej choroby Ostry wyszedł jeszcze silniejszy, dojrzalszy (to już nie palący tony gandzi freestylowiec tylko stąpający twardo po ziemi, znający wartość życia ojciec dwóch synów), z nowymi pomysłami i mnóstwem energii. Jestem pewny, że kolejne wydawnictwa to potwierdzą.

Z racji tego, o czym pisałem na początku, bardzo cieszę się, że O.S.T.R. wygrał walkę o życie i znów może tworzyć muzykę. Ale odkładając emocje na bok, jeszcze ważniejsze – z punktu widzenia fana rapu – jest to, że znów nagrywa kapitalne płyty i ma mnóstwo interesujących rzeczy do powiedzenia. A mam wrażenie, że Adam dopiero się rozpędza.

 

3 myśli na temat “Jak wygrać walkę o życie i nagrać najważniejszy album w karierze

  1. Jest to jeden z najważniejszych albumów w moim życiu. Adama słucham już od podstawówki. Jako mały skurwiel wiedziałem co jest dobre ;p Pamiętam jak większość wakacji siedziałem u babci. Zawsze do spania towarzyszyły mi tracki z OCB, czy Masz to jak w banku. Kawałki które wtedy wydawały mi się najlepsze nadal nimi pozostają. Nie ma tygodnia, aby nie przesłuchał ABC, 1001 karier. Niestety po dwóch świetnych albumach, All my life to średnia półka. Czekam na 2k19. Mam nadzieję, że przyniesie coś wspaniałego. OSTR – top 1 jeśli chodzi o rap. Słuchałem go za dzieciaka, słucham do teraz. Jedyną osobą która mogłaby z nim konkurować jest Pezet, niestety nic nowego od niego praktycznie nie dostajemy, a szkoda. Tak btw. Koncert Ostrego to pierwszy koncert na którym byłem. Na dodatek był w moim rodzinnym mieście, do którego reszta raperów nie wbija zbyt często.

Dodaj komentarz