Tylko dobry nie-rap

Tak sobie spojrzałem na najczęściej słuchane przeze mnie w ostatnim czasie albumy na Spotify i Tidalu. I mnie tknęło – gościu, ty prawie w ogóle nie słuchasz rapu! Oczywiście poza Almost Famous, bo to osobna kategoria, a ich płyta nie znudzi mi się chyba nigdy (po więcej dziękczynnych pokłonów dla Bonsa, Laika i Pete’a zapraszam tutaj).

Ale tak to głównie rzeczy około-rapowe, śpiewane, ze sporą dawką elektroniki, a nawet jazzu. Skupię się na rodzimych artystach, chociaż sporo ostatnio w moich słuchawkach także dźwięków zza oceanu (polecam zwłaszcza nowe wydawnictwa od Syd, Roya Woodsa i 6LACK’a).

Moje najnowsze odkrycie to Rosalie. (tak, ta kropka na końcu to tak ma być). Przyznam się bez bicia, poznałem ją dzięki Mesowi i Alkopoligamii, a w zasadzie dzięki temu, że grała support przed wrocławskim koncertem Typa. Absolutnie zjawiskowy wokal, świetnie komponujący się z elektronicznymi wygrzewkami Jordaha, Mentalcuta czy MIN t. Jej wydaną późną jesienią zeszłego roku EP-kę „Enuff” przegapiłem, ale teraz nadrabiam zaległości i już więcej żadnego jej nowego materiału nie przegapię na pewno. Jestem fanem.

A tak BTW, to miałem okazję przez chwilę obserwować ją na backstage’u wspomnianego koncertu w Bezsenności. Skromna, normalna dziewczyna, czerpiąca wielką frajdę z możliwości zaprezentowania swojej muzyki szerszemu gremium. Za ten totalny brak gwiazdorzenia dodatkowy punkcik.

Teraz o drugiej pani, która świetnie łączy talent wokalny z twardą elektroniką. Wspomnianą już tutaj MIN t po raz pierwszy usłyszałem na Open’erze w 2015 roku. I przepadłem.

W zeszłym roku pochodząca z Wrocławia (71 represent!) Martyna Kubicz wydała swój pierwszy materiał, EP-kę „Turn the Lights Down” (znakomitą!), a teraz szykuje debiutancki longplay pod egidą Otake Records. Na razie, na zaostrzenie apetytu, dostaliśmy kapitalny cover numeru „Say Yes”, autorstwa brytyjskiego duetu Floetry. Oj, zgłodniałem.

Trzecia kobieta w tym towarzystwie to Flow. Ją z kolei znam już od wielu lat, jeszcze z czasów gościnnych występów u Mesa (polecam zwłaszcza „Giń, kochanie!”) i wydanego nakładem Alkopoligamii bardzo dobrego i równie mocno niedocenionego albumu „Jeśli czujesz…”, nagranego – jako Blow – wspólnie ze Świętym.

Teraz Basia Adamczyk wraca z solową płyta „Kleśa”. I to jest naprawdę mocny powrót. Świetne, poruszające teksty (zresztą, Flow jako znakomita tekściarka dała się poznać pisząc już teksty choćby dla Skubasa), hipnotyzujący głos, podlany mieszanką trip-hopu, folku czy soulu – efekt jest nokautujący. Moc!

https://youtu.be/1eQuXwL1VJ8

Jest też i Mrozu. Tak, ten Mrozu od „Milionów monet” (pozwolicie, żeby nie będę linkował tego numeru, co?). Jego twórczość do tej pory nie wywoływała u mnie absolutnie żadnych emocji. Owszem, doceniałem kawał głosu, jaki ten wokalista niewątpliwie posiada, ale żeby tak z własnej woli sprawdzić jakiś jego album? No way.

Przy najnowszej płycie było inaczej. Najpierw usłyszałem zupełnie przypadkiem „Sierść” i byłem zaintrygowany totalną zmianą stylistyki. Potem usłyszałem (i zobaczyłem!) „Ducha” i szczęka mi opadła. „Przecież to jest kapitalny kawałek” – pomyślałem. Dlatego bez większych obaw zabrałem się za odsłuch całego krążka „Zew”. No i się nie zawiodłem. To naprawdę bardzo porządny album, dojrzały, z ambitnymi, osobistymi tekstami, świetnym wokalem i fajną muzyką. Takiego popu to ja mogę słuchać.

Odkrywam też na nowo Wojtka Mazolewskiego. Jasne, kojarzyłem jego twórczość (zwłaszcza tę w ramach grupy Pink Freud), miałem okazję oglądać go i słuchać na Open’erze, uważałem za świetnego kontrabasistę i jazzmana. I tyle.

Umknął mi gdzieś wydany pod koniec zeszłego roku „Chaos pełen idei”, czyli solowy album, na który Mazolewski zaprosił całą rzeszę wokalistów z przeróżnych muzycznych światów. Jest tam i Justyna Święs, i Natalia Przybysz, i Wojciech Waglewski, i Vienio, i Misia Furtak, i John Porter, i wreszcie Lady Pank.

Na pierwszy rzut oka i ucha – totalny miszmasz, ogień i woda, artyści zupełnie do siebie nieprzystający. A jednak Mazolewskiemu udało się nagrać nie udaną składankę, tylko spójny, wciągający krążek, na którym przeplatają się nowe numery z coverami, a dinozaury sceny mogą śpiewać obok newcomerów.

Słucham tego lonplaya od ładnych kilku dni i zupełnie mi się nie nudzi. A przy okazji wróciłem do poprzednich, już zdecydowanie mocniej osadzonych w jazzowej konwencji płyt Wojtka Mazolewskiego (do „Polki” czy „Smells Like Tape Spirit”). Wszystkie brzmią genialnie.

Dodaj komentarz