Żbiki, wracajcie do lasu!

Tego się obawiałem. Od kiedy Mes zapowiedział swój nowy album jako „Ten Typ Mes i Lepsze Żbiki”, miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zajawka, bo to w końcu MES, mój ulubiony raper i bez dwóch zdań jeden z najlepszych MC’s w kraju. Z drugiej wątpliwość, bo to nie klasyczna solówka, tylko coś w stylu rewii alkopoligamicznej mody, na zasadzie: pokazać nowe twarze, przypomnieć nieco zakurzonych weteranów, zaprosić znajomków.

A o ile na większości rapowych albumów gościnne występy podnoszą poziom, o tyle w przypadku płyt Piotrka jest na odwrót – gospodarz wiesza poprzeczkę tak wysoko, że mało kto jest do niej w stanie choćby doskoczyć. Na jego trzech solówkach udało się to nielicznym: na pewno Łonie na „Zamachu na przeciętność” (co akurat nie dziwi, bo w końcu sam Mes „czuje współzawodnictwo, gdy Łona przyśpiesza flow”). Z wymienieniem kolejnych miałbym już większy problem. Może Zeus i PIH na „Kandydatach na szaleńców”…

Zapowiadane na koniec czerwca wydawnictwo do dziś było jednym wielkim znakiem zapytania. Usłyszeliśmy jedynie jeden luźny track zapowiadający album i jeden oficjalny singiel. Na obu oprócz Mesa nie było nikogo, na obu Mes udowodnił, że jest w świetnej formie. Na drugim singlu (do sprawdzenia pod postem) żbiki wreszcie wyszły z lasu. I co? I mogłyby wrócić, skąd przyszły, bo lepsze są tylko z nazwy.

W skrócie: najmocniejsze atuty to bez wątpienia świetny bit i zwrotka gospodarza. Tomson (o dziwo, bo na sam dźwięk nazwy Afromental mam drgawki) poradził sobie z refrenem całkiem, całkiem. Ale już Małolat i Stasiak wypadli blado. Pierwszy, już co prawda bez kuriozalnych hashtagów, ale też bez żadnego błysku, za to nadal z żalami do całego świata (taaa, on ma ten dystans ;)). Stejzi, jak go lubię, bo jest przesympatycznym gościem, to raper co najwyżej poprawny, czasem (jak choćby na swojej solówce) potrafiący pozytywnie zaskoczyć, ale do swojego wspólasa z wytwórni pod względem skillsów nie mający podjazdu żadnego.

Już pal licho ten konkretny kawałek, bo zwrotki gości nie są znowu takie najgorsze. Chodzi o przyjętą przez Mesa konwencję albumu – pod ponad dwóch latach ciszy, jego „odbiorcy mają głód autobiografii”, chcą ciekawych tematów, błyskotliwych skojarzeń, morderczego flow, a nawet nie zawsze udanych eksperymentów i flirtów z innymi gatunkami. A tymczasem zanosi się na składankę, co prawda ze świetnymi pojedynczymi momentami, nie tworzącymi jednak spójnej całości. Obym się mylił.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=Rzs1NT31l18]

Dodaj komentarz