Pan Raper

Moja narzeczona, już trochę zmęczona tym moim ciągłym gadaniem o Bonsonie (do którego, jak pisałem całkiem niedawno, słabość mam nie od dziś) i powtarzaniem, że jego najnowsza płyta to coś, czego na rodzimej scenie nie było od dawna, że nowa jakość, że to przeniesienie polskiego rapu na wyższy level, zapytała mnie w końcu: „no ale co w tym albumie jest takiego niesamowitego?”. Trochę mnie to ostudziło i sprawiło, że nieco bardziej na chłodno podszedłem do analizy „Postanawia umrzeć”. Właśnie po to, by móc sensownie odpowiedzieć na tak zadane pytanie, a nie standardową gadką, że to „rozpie*dol, a Bonson to najlepszy raper w kraju”. To po kolei.

EMOCJE. Najnowsze LP Bonsa to album przesiąknięty emocjami. I to emocjami bynajmniej nie nastrajającymi pozytywnie. Złość, wku*wienie, rozczarowanie, niepewność jutra, zagubienie, stany depresyjne i samobójcze myśli – niezależnie, czy Damian rapuje o samym sobie (choćby w tytułowym kawałku czy „Pozorach”), swoim ojcu („Chcesz mnie poznać”) czy nieżyjących, muzycznych autorytetach („Moi idole nie żyją”), robi to chwytając wersami za gardło. Nie ma tu chwili wytchnienia i numerów „letnich” (pod względem temperatury, nie pory roku) – od pierwszej minuty wchodzimy z butami w brudny świat rapera, wypełniony rozgoryczeniem, alkoholem i narkotykami. I zostajemy tam do ostatniego wersu.

Sam Bonson wspominał, że nagrywał „Postanawia umrzeć” w trudnym momencie, gdy – mimo że pozornie wszystko układało mu się świetnie (narzeczona, dziecko, sukcesy artystyczne) – znów nieco się pogubił. Coś w tym jest, że swoje najlepsze, najmocniejsze płyty muzycy nagrywają w chwilach, gdy prywatnie świat im się trochę sypie. Damian już miał jeden taki krążek w swojej dyskografii – wydana prawie 7 lat temu „Historia po pewnej historii” była poruszającym krzykiem młodego, zagubionego gościa u progu dorosłości. Teraz Bons jest w zupełnie innym momencie swojego życia, ale jeśli chodzi o poziom emocji w wersach, jest bardzo podobnie. Tylko jeszcze mocniej i znacznie dojrzalej. Nikt, ale to absolutnie nikt nie ma obecnie w Polsce takiej umiejętności przenoszenia swoich uczuć i rozterek na bit. W sposób, który nie jest ani rzewny, ani tandetny. W sposób, który – zupełnie po ludzku – łapie za serce.

TEKSTY. To kwestia bezpośrednio łącząca się z emocjami – Damian postawił na bardzo osobiste, często wręcz intymne teksty, pozwalające słuchaczowi zajrzeć głęboko w jego duszę. Jak choćby w niesamowitej, drugiej zwrotce „Pozorów” czy pierwszej w „Border”:

Nie odbieram, kiedy ona dzwoni znów na wkurwie,
Nikt nie odbiera, najlepszego zioma znów mam w lustrze
Apartament, piętro siódme, życie jest okrutne
Kiedy znowu dzielę towar, na zegarku pięć po szóstej
I chuj, niepotrzebny mi nikt
Dwa koła w błoto, kiedy ty żresz podeszwy, by żyć
Nie widzę w sobie winy, krzyczę, że to przez nich i nic mnie nie powstrzyma
Tego już się nie uda zmieść pod dywan

Stawiając na ekshibicjonizm w wersach i tak bardzo otwierając się przed światem, bardzo trudno nie przekroczyć granicy dzielącej autentyzm od pretensjonalności i egzaltacji. Słuchając Bonsa, ani przez moment nie ma wrażenia, że to tylko poza, że to świat wykreowany na potrzeby konkretnego numeru. Wierzymy mu bezgranicznie, tak jak wierzyliśmy Pezetowi na „Muzyce poważnej” czy Małolatowi na „W pogoni za lepszej jakości życiem”. Trzeba być naprawdę pierwszej wody tekściarzem, by swoje myśli, uczucia i emocje przekuć w słowa, które w uszach słuchacza nie brzmią sztucznie i banalnie.

SKILLSY. Już na drugim Bonsoulu, w 2015 roku, Damian rapował o sobie:

Technicznie, kurwa, top 3 w Polsce
Bez ciśnień, trójki mnożą się jak plotki o mnie

No cóż, nie ma tu ani grama przesady. Te wielokrotne rymy wydają się być u Bonsona jakby złożone od niechcenia, wręcz przypadkiem. Brzmią na wskroś naturalnie i przelatują gdzieś trochę mimochodem, zupełnie nie odwracając uwagi od treści wersów. I dopiero przy dogłębniejszej analizie słychać, jak mistrzowsko poskładane są kolejne szesnastki. Chapeau bas.

FLOW. Tu też Damian należy do absolutnej, krajowej czołówki. Z płyty na płytę coraz więcej kombinuje, tu przyśpieszy („W dół), tam zwolni tempo („Rano”, gdzie momentami Bons przypomina Oskara z PRO8L3M-u), czasem – w refrenie – zacznie podśpiewywać. Generalnie,  nudy nie ma, a niezależnie od sposobu nawijania, słucha się tego z największą przyjemnością.

Coś jeszcze? Proszę bardzo: bujające, dopracowane refreny (będzie ogień na koncertach!), sporo, jak to u Damiana, follow-upów (choćby do Pezeta czy Białasa), bardzo dobre brzmienie – KPSN spisał się bez zarzutu, jego bity nieco przypominają produkcje Ajrona czy Matka. Co prawda to jeszcze nie ta sama liga co Soulpete, ale potencjał jest spory.

Jeszcze jedna kwestia. Zazwyczaj, słuchając jakiegoś albumu, bardzo szybko wyrabiam sobie opinię co do moich faworytów, ulubionych kawałków. Tu w zasadzie nie potrafiłbym wybrać najlepszych numerów. Są absolutnie magiczne momenty, jak wspomniana druga zwrotka w „Pozorach”, pierwsza w „Moi idole nie żyją” czy całe „Chcesz mnie poznać” i „Razy”, ale płyta nie ma słabych momentów. Nie ma utworów odstających od reszty. Od pierwszej do ostatniej minuty, poziom jest niebywale wysoki.

Czyli co, dostaliśmy album idealny?

Łyżką (ale bardziej jednak łyżeczką) dziegciu na „Postanawia umrzeć” są gościnne zwrotki zaproszonych raperów. Nie, żeby były to słabe szesnastki – co to, to nie (zwłaszcza Flojd dał radę!). Po prostu, Bonson wspiął się tu na takie wyżyny i tak daleko odstawił resztę stawki, że każdy przy nim wypada blado. A poza tym – album jest na wskroś osobisty i postaci z zewnątrz nieco zaburzają spójność i intymność całego materiału. Myślę, i pewnie nie jestem odosobniony w tej opinii, że gdyby w warstwie lirycznej (nie licząc refrenów, gdzie wokalistki i wokalista naprawdę się postarali) był to w 100 procentach autorski materiał, „Postanawia umrzeć” byłoby jeszcze lepszą płytą.

Ale i tak powtórzę to, o czym trąbię od kilku dni. To album przełomowy, przenoszący polski rap na jeszcze wyższy poziom (zwłaszcza, jeśli chodzi o poziom emocji i szczerości, połączony z najwyższej próby rapowymi umiejętnościami). To album, o którym będzie się mówić i za 10 miesięcy, i za 10 lat. No i jak na razie to opus magnum Bonsona, ale jestem pewien, że szczeciński MC nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Co nie zmienia faktu, że nagrywając kolejną płytę, poprzeczkę będzie miał zawieszoną na niebotycznym pułapie. Ale jeśli ktoś miałby ją przeskoczyć, to tylko on.

PS. Słowo o dodawanym do preorderów DVD z krótkim koncertem, gdzie możemy usłyszeć (i zobaczyć) kilka numerów z płyty, w zupełnie nowych aranżacjach, nagranych z live bandem i przy współudziale obdarzonej zjawiskowym wokalem Romy. Poezja. Wiele bym dał i wiele bym był w stanie zapłacić, by pójść na taki koncert nieco dalej niż na własną kanapę. Co prawda na razie się na to nie zanosi, bo jak mówi, z przymrużeniem oka, sam Bonson:

Za dużo sobie krzyczymy. I jak jeden pijany Bonson pojedzie na koncert, to jest fajnie, ale jak cała wataha, to już się organizatorzy boją.

No ja w każdym razie trzymam kciuki, żeby jednak taka trasa doszła kiedyś do skutku. A tymczasem ukłony, panie Bonson, jesteś pan raper przez duże R.

Dodaj komentarz