Rok Bonsona

„Możesz mówić mi na jego temat dużo złego, lubisz go czy nie, w rapie to był rok Tedego” – rapował swego czasu Pih. Parafrazując te słowa, 2017 to był rok Bonsona. I to pomimo faktu, że szczeciński MC nie wydał w tym roku solowego albumu. Ale po kolei.

Pierwsza moja styczność z rapem Bonsona (który w tamtych czasach częściej posługiwał się ksywką Bonus czy Bons) to przełom 2010 i 2011 roku. Wtedy usłyszałem jego dwie EP-ki, nagrane na bitach dwóch producentów – Brusa i Soulpete’a. Obie, mimo wielu niedoskonałości, sygnalizowały spory potencjał 20-letniego wówczas młokosa. Potem, wczesnym latem 2011 roku, światło dzienne ujrzała „Historia po pewnej historii”, przełomowe dla kariery szczecinianina wydawnictwo, które wytyczyło jego dalszą ścieżkę rapowej kariery.

To płyta dojmująca, kipiąca smutkiem, emocjami, alkoholem i narkotykami. Płyta zaskakująco dojrzała, zważywszy na metrykę artysty. Płyta, od której ciężko było się uwolnić, a numery takie jak „Nie ma szans”, „Ich już nie ma” czy „O mnie się nie martw” nie chciały wyjść z głowy na długo po odsłuchu. Wreszcie płyta, która głównie za sprawą utworu „Pan śmieć”, sprawiła, że o Bonsonie zrobiło się głośno, a cytaty z tego kawałka (choćby „I mówi, że by wpadła do mnie na seks i blanta. Albo blanta i seks, albo na blanta, seks i blanta”) zalały facebookowe walle nastolatków.

Po tym LP Damian dość szybko awansował do hip-hopowej pierwszej ligi,  a także do mojego prywatnego rankingu ulubionych graczy na polskiej scenie. Od tamtego czasu dość wnikliwie śledziłem jego poczynania i wyczekiwałem kolejnych nagrań. A trzeba było trochę poczekać.

Bonson wrócił bowiem dopiero w 2014 roku, ale jak już wrócił, to z przytupem, wydając, w duecie z Matkiem, aż dwa albumy – „O nas się nie martw” i „MVP”.  Obie płyty były udane, z wieloma przebłyskami, ale chyba nieco poniżej bardzo wygórowanych oczekiwań. Tym z całą pewnością sprostał za to drugi Bonsoul, który światło dzienne ujrzał w czerwcu 2015 roku.

„Lepiej nie pytać” potwierdziło, że po bitach Soulpete’a Bons lata jak nikt w Polsce. I vice versa – szczecinianin na bitach nikogo innego nie brzmi tak dobrze. Ten duet to podręcznikowy przykład na to, czym jest „chemia” między raperem i producentem.

I po tym wydawnictwie w sumie nie miałem już wątpliwości, że Bonson trochę niepostrzeżenie stał się moim ulubionym zawodnikiem na rodzimej scenie. Charyzma, flow, skillsy („technicznie, kurwa, top 3 w Polsce!”) i to skurwysyństwo w głosie, które tak bardzo u raperów lubię. W zalewie nowoszkolnych, kopiujących bezmyślnie wzorce zza oceanu i brzmiących identycznie młodych MC, rap Damiana – dosadny, szczery, często bardzo wulgarny – był solidnym liściem na odmułę.

Rok 2016 to pierwsze w pełni solowe wydawnictwo szczecińskiego artysty. „Znany i lubiany”, nagrany na bitach różnych producentów i podzielony na dwie części – nowoczesną i klasyczną – potwierdził bardzo wysoką formę Bonsa, ale jednocześnie pozostawił pewien niedosyt i wrażenie, że rapera stać na jeszcze więcej.

I tym sposobem dotarliśmy do 2017 roku. Wypadałoby więc wytłumaczyć się z tezy zawartej w tytule tego tekstu. Dlaczego rok Bonsona? Po pierwsze dlatego, że najpierw, na początku roku, dostaliśmy płytę Almost Famous, o której szerzej pisałem w recenzji, więc już nie będę się tutaj rozpisywał. Przypomnę tylko, że to szczeciński MC rozdawał tam karty (nic nie ujmując Laikowi, ale to jednak Bons grał na tym albumie pierwsze skrzypce).

A po drugie dlatego, że potem było już tylko lepiej. Trzeci Bonsoul – „Lepiej nie wnikać” – to jak do tej pory opus magnum Damiana. EP-ka nie ma ani jednego słabego momentu, Bonson ani na chwilę nie zwalnia, wyrzucając z siebie mocne, często wspominkowe („Stare naje”) wersy. A „Taka karma” to chyba najlepszy numer, jaki nagrał w karierze.

I w zasadzie płyta AF i trzeci Bonsoul wystarczyłyby, aby rozwiać wątpliwości, do kogo należał 2017 rok w polskim rapie. Ale, ale. Całkiem niedawno Bonson zapowiedział na styczeń 2018 roku kolejną solówkę, o enigmatycznym tytule „Postanawia umrzeć”, nagraną w całości na bitach KPSN-a. Jasne, że się ucieszyłem, bo to zawsze porcja świeżego, dobrego rapu, ale chwilę potem naszła mnie refleksja, czy to aby nie za szybko i czy, kolokwialnie mówiąc, Bons za chwilę mi się nie przeje.

Pierwszy singiel skutecznie zamknął mi gębę, przyprawiając jednocześnie o ciarki i chwytając wersami za gardło. Serio, nie spodziewałem się aż tak mocnego ciosu. Tytułowy numer zwiastuje przesycone emocjami, bardzo osobiste wydawnictwo, coś jak „Historia po pewnej historii”, tylko nagrane przez dużo starszego typa, ze sporym bagażem doświadczeń, dla którego priorytetem już nie jest kolejny balet, ale własna rodzina.

Posłuchajcie tylko, jak rapuje: „Śniadanie zjadłem koło ósmej i z szafki biorąc uśmiech numer trzy, pocałowałem w czoło córkę. Narzeczona pijąc kawę, z troską pyta wciąż, co u mnie, kurwa przecież jej nie powiem prosto w twarz, tak nie mogę”.  Nie wiem jak wam, ale mi się oczy zaszkliły.

Zresztą drugi singiel tylko wzmocnił przeświadczenie, że dostaniemy od Bonsa materiał, jakiego jeszcze nie słyszeliśmy. Sam raper tłumaczy, że nagrał go w dość specyficznym momencie swojego życia, gdy znów się trochę pogubił. To zagubienie i niepewność jutra wypływają z każdego wersu obu do tej pory opublikowanych utworów.

I oba – piszę to z pełną odpowiedzialnością – są jednymi z najlepszych w całej karierze szczecińskiego MC. Jeśli cała płyta utrzyma ten poziom (a w sumie jestem pewien, że utrzyma), będzie to najmocniejsza pozycja w jego dyskografii.

To tyle. Wyszła trochę laurka, ale tekst o Bonsonie chodził mi po głowie od dawna i przymierzałem się do niego już kilka razy, a każdy jego kolejny album czy nawet pojedynczy numer tylko utwierdzał mnie w przekonaniu, że żadnego innego rapera w Polsce nie lubię słuchać tak bardzo jak szczecinianina. I że rap żadnego innego MC tak do mnie nie trafia i tak mną nie rusza.

Nie wiem, czy Bonson jest najlepszym raperem w tym kraju. Ale jeśli o mnie chodzi, jest kwintesencją tego, czego w tej muzyce od zawsze szukałem i co najbardziej w rapie cenię – emocji, szczerości, umiejętności malowania wersami niezwykle plastycznych obrazów, a jednocześnie charyzmy i niewymuszonej pewności siebie, jaką mają tylko wybitni MC.

Jedna myśl na temat “Rok Bonsona

Dodaj komentarz