Projekt Nasłuch

Dobre chłopaki ostatni raz na jednym bicie

W Szczecinie byłem raz w życiu. Dawno temu, na samym początku XXI wieku (bodajże w 2002 roku), pojechałem tam na, skądinąd świetną, breakdance’ową imprezę Battle Of The Year. Samego miasta w zasadzie nie widziałem (oprócz trasy dworzec PKP – hala, gdzie odbywały się zawody bboy’ów i koncerty).

Nie zmienia to faktu, że jeśli chodzi o rap, szczecińską scenę od zawsze, a konkretniej od czasu, gdy w moje ręce wpadła kaseta „Owoce miasta” kolektywu Wiele C.T. (to tam swoje pierwsze rymy kładł Łona), uważałem za jedną z najciekawszych, najoryginalniejszych i po prostu najlepszych w Polsce.

Niezależnie, czy mówimy o wspomnianym Łonie – największym erudycie w polskim rapie, czy o Sobocie i duecie PMM – graczach o mocno ulicznym rodowodzie, czy o uciekającym w gwiazdy Planecie ANM, łączy ich nietuzinkowość i wysoki poziom artystyczny. Że już nie wspomnę o Bonsonie, który w ciągu kilku lat wyrósł na bezapelacyjnie jednego z najlepszych MC w kraju i do którego od dłuższego czasu mam ogromną słabość.

Ale w Szczecinie jest jeszcze jedna ekipa, która odcisnęła bardzo wyraźne piętno na obliczu tamtejszej sceny. Projekt Nasłuch. Jego trzon od zawsze stanowili dwaj raperzy – Orzeu i Rdi, wspierani przez zaprzyjaźnionych artystów, m.in. produkującego bity BobAira czy Jimsona, znakomitego MC, autora m.in. kultowej „Gorączki w parku igieł”. Chłopaki przez lata wypracowali sobie swój własny, unikatowy styl, oparty na ich charyzmie i osobowości, a także szczerych i bezkompromisowych tekstach.

Ich debiutancki longplay „Nieznani sprawcy”, wydany w 2011 roku, do dziś pozostaje jednym z moich prywatnych klasyków. To płyta, na której zagrało wszystko – życiowa forma Orua i Rdi, świetne bity przede wszystkim BobAira, ale też Matka czy L Pro, znakomite zwrotki zaproszonych gości (m.in. Bonsona, Bisza czy Białasa).  Charakterny, niepokorny, dosadny rap. Ale też rap chwytający za gardło, momentami wręcz wzruszający, niestroniący od trudnych czy niewygodnych tematów (jak śmierć, nałogi czy bieda). To taki rap, obok którego nie da się przejść obojętnie czy puścić sobie w tle.

Potem o chłopakach nieco ucichło, co jakiś czas tylko puszczali info, że powoli dłubią już przy kolejnym albumie, a wiosną 2013 roku dostaliśmy pierwszy singiel i klip zapowiadający płytę „Dobre chłopaki”. Singiel niezwykły zarówno ze względu na poruszającą, bardzo osobistą treść, jak i nakręcony w Czarnobylu teledysk, opublikowany w dniu 27 rocznicy wybuchu tamtejszego reaktora.

Po „Memento mori” wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a premiera drugiego longplaya zbliża się wielkimi krokami. Aż przyszedł wrzesień 2014 roku. Śmierć Orua wstrząsnęła całym hip-hopowym środowiskiem i złamała serce nie tylko jego bliskim, ale i wielu słuchaczom (w tym autorowi tego bloga). Pamiętam własne niedowierzanie w słowa, które pojawiły się m.in. na facebookowych profilach Projektu Nasłuch czy Bonsona. Pamiętam, jak szkliły mi się oczy, gdy Bonson na drugim Bonsoulu rapował:

Orzeu patrzy na nas z góry, kurwa, strasznie brak mi brata
Zawsze jak przechodzę obok jego klatki, wraca
Dlatego wódkę wylewam na beton i ze łzami w oczach patrzę w niebo, elo

Pamiętam wreszcie, jak przeszły mnie ciarki, gdy przypomniałem sobie, o czym Orzeu rapował w wydanym 1,5 roku przed swoją śmiercią „Memento mori”:

Nie wiem jak ty, ale ja się trochę boję
Że ten koniec jest już blisko, że już Bóg mi kopie dół
Wspominamy tych, których z nami nie ma
Pamięć wiecznie żywa, póki krew pompują serca
Nie docenisz życia, gdy nie otrzesz się o śmierć
Dlatego prawie nigdy nie uśmiecham się do zdjęć

Zresztą ciarki przechodzą mnie do dziś, za każdym razem, gdy słucham tego numeru.

Przez kilka następnych lat wydawało się niemal przesądzone, że „Dobre chłopaki” nigdy nie ujrzą światła dziennego, a ostatnie zwrotki Orua na zawsze pozostaną gdzieś na twardych dyskach Rdi czy BobAira. Jednak w grudniu zeszłego roku najpierw niespodziewanie pojawił się drugi singiel zapowiadający kolejny album Projektu Nasłuch, a wraz z nim ruszył preorder wydawnictwa.

Na żadną płytę w polskim rapie nie czekałem tak długo. I na żadną nie czekałem tak bardzo. Wielki szacunek dla Rdi, że doprowadził wszystko do końca. Piękniejszego hołdu Oruowi nie mógł oddać. Zresztą wystarczy przesłuchać intro „Dobrych chłopaków”, by zrozumieć jak wielką stratą była dla niego śmierć przyjaciela.


Ten album to kwintesencja takiego rapu, za jaki Projekt Nasłuch zawsze ceniłem, a w odbiorze zupełnie nie przeszkadza fakt, że zwrotki i bity do poszczególnych kawałków powstawały na przestrzeni ładnych kilku lat. Znów jest szczerze, bezkompromisowo i pełnokrwiście. Znów jest sporo o miłości, przyjaźni, śmierci i alkoholu. Znów jest tak, jak najbardziej lubię.

Najważniejsze jednak, że ten ostatni raz możemy posłuchać Orua i Rdi we wspólnych numerach. Warto było czekać.

Dodaj komentarz