https://www.instagram.com/bonsonsbejbi/

BonSoul robi sold out, czyli wreszcie jest normalnie

Przy okazji ostatniego koncertu duetu BonSoul we Wrocławiu, na którym miałem okazję być i świetnie się bawić, naszła mnie pewna refleksja. Refleksja, że wreszcie jest tak, jak być powinno – czyli, że bilety na występy chłopaków wyprzedają się co do jednego.

Było tak zarówno we wrocławskim klubie D.K. Luksus, jak i kilka dni wcześniej w Poznaniu, a coś czuję, że na tym nie koniec i jeszcze niejeden gig w ramach trasy „Damian i Piotr ruszają w Polskę” zaliczy sold out.

Nie tylko po social mediach widać, że panowie też się cieszą, iż wreszcie wypełniają sale koncertowe po brzegi, bo w pewnym momencie wrocławskiego koncertu Bonson rzucił ze sceny nieco przekornie: „zastanawialiśmy się, jak zacząć robić sold outy, a okazało się, że wystarczy dobrą płytę nagrać”.

Tu pozwolę sobie jednak nie zgodzić się ze zdaniem szczecińskiego MC, bo o ile rzeczywiście „ReStart” to płyta dobra, ba, nawet bardzo dobra, ba, nawet znakomita, to jednak poprzednie krążki wcale znacznie nie ustępowały jej poziomem, a mimo to nie przypominam sobie, by kluby, w których grali Bons i Pete, pękały w szwach.

Cóż to w takim razie się zadziało, że teraz jest inaczej? Ano zadziało się przygarnięcie BonSoulu przez Asfalt Records, czyli wiodącą hip-hopową wytwórnię w kraju, mającą w swoim katalogu albumy tak różnych osobowości, jak Fisz, O.S.T.R., Łona, Taco Hemingway, Otsochodzi, Adi Nowak czy Rasmentalism. Wszyscy cechują się jednak tym, że choć tworzą często w skrajnie odmiennych stylistykach, wspólnym mianownikiem pozostaje jakość ich nagrań. Zawsze najwyższa.

Asfalt słynie też z zostawiania nagrywającym pod jego egidą artystom bardzo dużo swobody. Tytus od samego początku miał wyjątkowego nosa do wyłuskiwania talentów (pamiętacie OMP albo RHX?!), a nie ingerując zbyt mocno w proces twórczy, pozwalał im w pełni rozwinąć skrzydła. Nic więc dziwnego, że jeśli tak niepokorne dusze jak Bons i Pete miały w jakimkolwiek labelu osiąść na dobre, mogło to być tylko Asfalt Records.

Co ciekawe, ten ruch nie wszystkim fanom przypadł do gustu. Oj, jakie było biadolenie po pierwszym singlu, czyli „Małpim gaju”. Że koniunkturalne featy, że jakieś to wszystko za wesołe, że chłopaki poszli w komercję i w ogóle, że po ci im ten, a tfu, cały Asfalt. Odpowiem: choćby po to, by Damian i Piotr mogli skupić się na tym, w czym są najlepsi. Czyli na muzyce, a nie na tłoczeniu płyt czy łażeniu z paczkami na pocztę. I jak już skupili się na tworzeniu rapu, całą marketingowo-dystrybucyjną otoczkę zostawiając specom z Asfaltu, na efekty nie trzeba było długo czekać.

W końcu w parze z sukcesem artystycznym, docenionym nie tylko przez maluczkich blogerów pokroju autora niniejszego tekstu, ale i przez poważnych recenzentów w osobach choćby Marcina Flinta czy Andrzeja Cały, przyszedł sukces komercyjny, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Wyprzedane koncerty czy zasłużenie wysokie miejsca na OLIS-ie – mało komu na polskiej scenie należało się to równie mocno, jak Bonsowi i Pete’owi. Będąc jak najdalszym od zaglądania obu panom do portfeli, życzę im jednocześnie z całego serca, by mogli przez najbliższych parę lat żyć tylko z rapu. Bo ten, jak już kiedyś dowodziłem, robią najlepszy w Polsce.

Tym razem się powstrzymam i o „ReStarcie” nie będę się zbyt mocno rozpisywał (żądnych ocen i głębokich analiz odsyłam do podlinkowanych wyżej recenzji kolegów po piórze), podkreślę tylko raz jeszcze: to album piękny, kompletny, dopracowany w każdym calu.

A już druga połowa krążka, od poruszającej „Trucizny”, przez cholernie smutne „Jeszcze wczoraj” z cudownym samplem z The Dead Weather (byłbym w stanie się pokłócić, czy to czasem nie najlepszy numer w portfolio tego duetu) i niezwykle intymny „Koniec”, po bonusowe „Nie pasuję”, gdzie szczecinianin wypluwa z siebie pełne goryczy i złości wersy (gdy w drugiej zwrotne wjeżdża z liniami „Nie widzę siebie w waszym świecie, Idź siostrę nazwij kurwą, a brata nazwij śmieciem, I wsadź w internet, Daj mi pretekst to zobaczysz jaki jestem, A ja przy okazji sprawdzę czy wciąż za tym tęsknię”, zawsze przeszywa mnie dreszcz), to najmocniejsze kilkadziesiąt minut w polskim rapie A.D. 2019. Panowie, znów to zrobiliście. Kapelusze z głów.

foto główne: instagram.com/bonsonsbejbi

Dodaj komentarz