Tak się robi rap. Najlepszy rap

Znakomitych duetów MC/producent na naszej scenie było już co najmniej kilka. Wiadomo, Pezet z Noonem, Małolat/Ajron, Łona z Webberem, Fisz i Emade czy Smarki Smark i Kixnare. To tylko przykłady pierwsze z brzegu i te najbardziej oczywiste. I w żaden sposób nie umniejszając tym tandemom, gdyby dziś ktoś mnie zapytał, kto w tej kategorii jest obecnie absolutnym numerem jeden w kraju, bez namysłu odpowiedziałbym: BonSoul.

Tak, zdaję sobie sprawę, że o moim zakrawającym na psychofaństwo uwielbieniu dla Bonsona wiecie nie od dziś, więc pewnie ciężko wam traktować moje wywody na jego temat jako chociażby w minimalnym stopniu zachowujące znamiona obiektywizmu. Ale szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Bo jeśli ktoś uważa Bonsa za kiepskiego MC albo Pete’a za niezbyt zdolnego producenta, to po prostu ch*ja się zna na rapie. Dziękuję, dobranoc.

To bynajmniej nie oznacza, że wszystkim ich twórczość musi się podobać. Doskonale wiem, że bezceremonialny, dosadny i często mocno wulgarny styl Bonsona wielu osobom zupełnie nie podchodzi, a i samplowane, dość klasyczne w brzmieniu bity Soulpete’a pewnie nie wszystkim przypadną do gustu. Ale nie ma takiej opcji, żeby ktoś posiadający nawet elementarne pojęcie o tej muzyce, stwierdził, że to, co panowie robią, jest słabe.

Najlepsze duety w historii polskiego hip-hopu zawsze cechowały się tym, że były czymś więcej niż tylko sumą umiejętności wokalno-bitmejkerskich obu ogniw. Że ta mistyczna, nieuchwytna „chemia” między raperem a producentem dawała niesamowitą synergię. I to m.in. dlatego obaj bracia Kaplińscy już nigdy potem nie zbliżyli się do poziomu swoich klasycznych albumów, nagranych odpowiednio z Noonem i Ajronem (no dobra, Pezet ma jeszcze w dorobku świetną „Muzykę Rozrywkową”, ale wciąż to jednak trochę niższy level niż „Klasyczna” i „Poważna”).

Podobnie jest z BonSoulem. Bonson na niczyich innych bitach (a współpracował już przecież z wieloma różnymi producentami, jak choćby z Matkiem czy KPSN-em) nie płynie tak swobodnie jak na podkładach Pete’a. I vice versa – bity Piotrka nie brzmią tak pięknie w połączeniu z rapem żadnego innego gracza (przypominając jednocześnie, że nawijali na nich nie tylko najlepsi rodzimi MC’s, ale też i czołówka amerykańskiego undergroundu).

Od pierwszego, wydanego w 2010 roku – gdy obaj panowie dopiero zaczynali swoją przygodę z hip-hopem – „Lepiej się witać”, przez „Lepiej nie pytać” (2015) i „Lepiej nie wnikać” (2017), aż do jeszcze cieplutkiej EP-ki „Kiwka fifka rap do piwka”, uzupełniającej reedycję trzech wcześniejszych krążków (którą Bonson zapowiadał już kilka miesięcy temu), wszystkie wydawnictwa trzymały niezwykle wysoki poziom i jak rzadko kiedy pasował do nich cokolwiek wyświechtany zwrot „instant classic”. A przy tym, wszystkie te albumy wręcz biły po uszach spontanicznością i szczerą zajawką do tej muzyki. Zresztą sam Bons zwykł mówić o procesie powstawania kolejnych BonSouli: „jak chcemy, to robimy”. I to, że chłopaki nagrywają je z czystej miłości do rapu, po prostu słychać.

Ten ostatni z BonSouli nieco różni się od poprzedników. I nie chodzi tu tylko o sam wyłamujący się z konwencji tytuł, ale i o bogatą listę featuringów, bo na wcześniejszych albumach tego duetu goście pojawiali się z rzadka. Teraz są we wszystkich numerach i choć każdy z nich spisał się bez zarzutu (tu szczególne słowa uznania dla Jota, chłopaków z Okolicznego Elementu i – nieco o dziwo – Rycha Peji), to jednak łapię się na tym, że odczuwam pewien niedosyt. Że zamiast zwrotki zaproszonego rapera, wolałbym usłyszeć jeszcze jedną szesnastkę Bonsona. Cóż, Damian jest aktualnie w takiej formie, że nie ma MC w tym kraju, który byłby w stanie dotrzymać mu kroku, nie mówiąc już o jakimkolwiek przyćmiewaniu.

Posłuchajcie tylko, na jakim luzie wyrzuca z siebie przepięknie poskładane, wielokrotne rymy w „Trochę o piciu, ale nie tylko”. Albo co wyprawia w „4 porach oczu” (to zresztą bodajże najlepszy numer, jaki polski rap wydał na świat w tym roku, w czym ogromna zasługa także cudownego bitu Soulpete’a i świetnych wersów Laika). Co tu dużo mówić, klasa światowa. A że kompana od produkcji też ma z absolutnej czołówki, nic dziwnego, że efekty są, jakie są. Wisienką na torcie (by nie powiedzieć „truskawką”) i idealną klamrą, spinającą wszystkie BonSoule, jest zamykający „Kiwkę…” kapitalny remix numeru „Dobranoc” z „Lepiej się witać”. Najlepszy rap w Polsce, normalnie.

PS. Ja się tylko trochę boję, co napiszę za kilka miesięcy. Bo skoro 2017 nazwałem „rokiem Bonsona”, to jakie określenie wymyślę na 2018, czyli rok, gdzie Bons wydał zdecydowanie najlepszy, najbardziej poruszający album w swojej karierze, doprawił to bonusowym BonSoulem, a nie jest powiedziane, że jeszcze nas czymś w najbliższym czasie nie zaskoczy.

W wywiadzie, jakiego udzielił mi kilka miesięcy temu, szczecinianin zapowiedział bowiem m.in.płytę z Głową z PMM i TKZetorem oraz następne Almost Famous, a na pytanie o kolejny, już pełnoprawny BonSoul, odpowiedział w swoim stylu:

Pewnie, że będzie, ale na pewno nie w tym roku. Już nie będzie się nazywał „lepiej nie cośtam”. Tamten rozdział zamykamy tą reedycją, i tyle. A zresztą chuj wie, może jednak wymyślimy kolejny (śmiech).

Dodaj komentarz