Gdzie ci wrocławscy raperzy?

Lojalnie uprzedzam: będę narzekał.

Jako gościowi po trzydziestce (sic!) coraz częściej zdarza mi się siadać przy kominku ze szklaneczką whisky i wspominać stare, dobre czasy. No dobra, kominka nie mam, whisky piję sporadycznie, ale ostatnio często wracam myślami do przełomu wieków. I to bynajmniej nie po to, żeby z łezką w oku przywoływać w pamięci licealne lata. Chodzi o rap.

To generalnie rzadka tendencja, bo w przeciwieństwie do wielu innych gatunków muzyki, akurat w rapie (zwłaszcza tym w rodzimym wydaniu) wciąż obserwujemy rozwój, nowe rzeczy są pod niemal każdym względem lepsze od tych starszych, a jeśli już sięga się po nagrania sprzed kilkunastu lat, to tylko z sentymentu. Dlatego też bardzo niewielu zawodników, obecnych na polskiej scenie od początku, jest dziś w stanie dotrzymać kroku nowym twarzom. Jest Tede, jest Włodi, niech będzie – jest też Peja. Kolejnych już ze świecą szukać (bo jednak Mes, Pezet czy O.S.T.R. to ciut młodsze pokolenie).

Ale do rzeczy. W połowie lutego światłe dzienne ujrzał numer „Posse cut”, czyli kolaboracja duetu producenckiego White House i ponad 40 wrocławskich raperów. Jako rdzenny wrocławianin, lokalny patriota i typ, który pamięta czasy, gdy o scenie z 71 mówiło się „niepowtarzalna, pozytywna, barwna itp.”, zabrałem się za odsłuch z naprawdę sporymi oczekiwaniami. A gdy skończyłem słuchać, zrobiło mi się smutno.

Z niezwykłego charakteru i klimatu wrocławskiej sceny zostały strzępy. Już pal licho, że z tych 41 raperów o istnieniu 1/3 nie miałem pojęcia (a wydawało mi się, że trzymam rękę na pulsie). Gorzej, że po przesłuchaniu wspomnianego kawałka, wolałbym o ich istnieniu nigdy się nie dowiedzieć.

Zrobiłem sobie listę tych, którzy wypadli dobrze (albo w paru przypadkach – świetnie). I co? I uzbierało się z tego około 10 gości, w tym ani jednego tzw. młodego kota. Ci, którzy nie zawiedli, to oldskulowi gracze (no może poza Kościeyem, Rekordem i Hajem, bo to wciąż stosunkowo młodzi raperzy), którzy kładli podwaliny pod rozwój lokalnej sceny.

A już fakt, że cały, 18-minutowy kawałek kilkoma wersami zjadł facet, który od dłuższego czasu w ogóle nie rapuje, jest wyjątkowo dojmujący. Tak, chodzi mi o Tymona, przy którego zwrotce autentycznie przeszły mnie ciarki (wystarczyło do tego już samo wejście na bit: „Oto ja, 90 kilo, nadchodzi legenda, co ty, nie pamiętasz? To szelma z 71”). No żesz kurwa. Ten niewymuszony luz, ta charyzma, ten polot i błyskotliwość, czyli cechy, których niejacy Mixo IFCC czy Wara (to moi absolutni „faworyci”) nie będą mieć nigdy.

Tuż po nim wjeżdża Tomasz Andersen, czyli nie kto inny jak Roszja, który prawie 15 lat temu wydał „Duszę podziemia”, czyli bezapelacyjny klasyk i album wciąż brzmiący świeżo, a dziś (mimo sięgania po mikrofon nader rzadko) jest wciąż jednym z najciekawszych raperów w kraju. Tu też pokazuje „asom” pokroju Królika czy Freona miejsce w szeregu i dobitnie udowadnia, że oryginalność i własny styl znaczą nieporównywalnie więcej niż nawet udane kopiowanie trendów zza oceanu.

Dla Tymona i Roszji, a także dla Jota (trzymającego równy, wysoki poziom od kilkunastu lat), Woza (członka legendarnego, współtworzonego z TeOPe, Syndykatu) czy weteranów z F.F.O.D. – Esse i Pijaka Pi (znanego kiedyś jako Papryka) oraz wspomnianych wyżej Kościeya i chłopaków z Pepe Squad, warto przebrnąć (choć przyjemne to nie będzie) przez tuziny nijakich, często wręcz miernych zwrotek wrocławskiej młodej gwardii. Całości nie ratują nawet bity Magiery i Laski, jeszcze kilka lat temu bezdyskusyjnie należących do topu polskiego bitmejkingu, dziś brzmiących sztampowo i po prostu nudno.

Może gdyby rzeczywiście, a nie tylko w zapowiedziach, pojawiła się tam „cała wrocławska scena”, efekt byłby lepszy. Co najbardziej kłuje w uszy i oczy, to brak Waldemara Kasty (kiedyś znanego jako Wall-e). Kto, jak kto, ale Waldek to zdecydowanie jedna z najważniejszych postaci w historii rapu z 71. Szkoda, że nie pojawili się Zioło i Sitek, bo to oni spośród wszystkich młodych wrocławskich MC’s wyróżniają się najbardziej. Zabrakło też pozostałych, poza szalonym Andrzejem, członków Wrooclyn Dodgers (zwłaszcza żałuję nieobecności Grześka Labela i Łoza).

No cóż, pozostaje mi tylko rozpalić w kominku, nalać szklaneczkę czegoś mocniejszego i puścić „Szelmę”, „Zmysłów 5”, „Obawę przed potem”, „Wypas na byszkoptach”, „Kastaniety”, „Promillenium” czy któryś z pozostałych znakomitych wrocławskich albumów sprzed wielu lat. I wzdychać, dodając pod nosem „kiedyś to były czasy…”.

 

 

3 myśli na temat “Gdzie ci wrocławscy raperzy?

  1. Kiepskie te wypociny. Fajnie, ze podchodzisz do tematu i masz jakies stanowisko, ale raczej takie jak wiekszosc oldschoolowcow i temat zostal juz tysiac razy przegadany.
    Newschoolowcy nie tesknia za tym co my, nie zrozumieja wypasu na byszkoptach i calej pianki Drutzow. Tej muzyki jest juz za duzo a ludzie stali sie leniwi. Ilu uczniow jest aktywnych na lekcjach historii? Tylu wlasnie jest zainteresowanych ta stara wroclawaka scena. Nudny, skomlacy o „backtothedays” wpic albo autor aie starzenie i staje sie maruda narzekajaca na mlode pokolenie.
    Yo.

  2. ochujałeś? mixo jedna z niewielu zwrotek ktorej da sie w tym kawalku sluchac. nie zebym walczyl jakos z innym zdaniem (przypadkiem tu wpadlem) ale tymon przeciez w tym kawalku brzmi jakby nawijal ostatnia zwrotke w zyciu, padaka kompletna. zreszta trzecie wymiary i reszta tez wywolala u mnie odruch wymiotny

Dodaj komentarz