Kto wrócił na osiedle?

Warszawski Ursynów, ta rzecz tu się dzieje, sami raperzy, skejci, dilerzy i złodzieje, 20 to już nie 04, jestem pewien, ten syf jest nieśmiertelny. Pezet i Onar wiedzą, co mówią. A nowym albumem tylko potwierdzili swój status absolutnej legendy na polskiej rap-scenie.

Płomień 81 to marka, może nie taka jak Molesta Ewenement, ale jednak marka – mówił Pezet w wywiadzie dla Red Bull Music.

Nie sposób się z tym nie zgodzić, zwłaszcza patrząc z perspektywy gościa takiego jak ja, który zaczynał słuchać rapu pod koniec lat ’90 ubiegłego wieku i dla którego Płomień był – obok wspomnianej już Molesty, a także Warszafskiego Deszczu, RHX Składu, WYP-3 czy OMP – jednym z najważniejszych zespołów tego okresu.

„Na zawsze będzie płonął”, czyli debiutancki album Pezeta i Onara, na bitach Ośki, to dziś jeden z moich prywatnych klasyków, przywołujący w pamięci beztroskie, ciepłe wieczory, kiedy to z kumplami piło się piwko na ławce pod blokiem (i to jeszcze na nielegalu, bo 18 rok życia miał dopiero nadejść za chwilę), a w tle gdzieś leciał „Letniak”. Oj, jaki to był szlagier („pięć razy mocne, no i może tego loda”;)).

Również wydane rok później „Nasze dni” to ważna płyta mojego okresu dorastania, z kolei nagrane już w zdecydowanie bardziej „nowożytnych” czasach „Historie z sąsiedztwa”, z będącym wówczas w życiowej formie Pezetem – to po prostu świetny, wypełniony po brzegi bangerami krążek.

Zresztą numer „Powiedz na osiedlu” do dziś buja jak zły, więc nic dziwnego, że chłopaki – o czym więcej za chwilę – zdecydowali się akurat temu kawałkowi, jednemu z najbardziej emblematycznych w ich dorobku, poświęcić teraz całą płytę z remiksami.

Przechodząc zatem płynnie do 2020 roku i szalejącej pandemii (piszę to z nadzieją, że gdy wrócę do tego tekstu powiedzmy za rok, będę mógł się uśmiechnąć pod nosem myśląc o koronawirusie jako mglistym wspomnieniu, które raz na zawsze odeszło w siną dal), to – biorąc pod uwagę myśli zawarte przeze mnie we wcześniejszych akapitach – nie powinno nikogo dziwić, że czekałem na nowy – wydany po blisko 15 latach przerwy! – album Płomienia z niecierpliwością, dużo sobie po nim obiecując.

Może nawet za dużo, zważywszy na to, że Pezet ledwie kilka miesięcy temu powrócił z rapowych zaświatów, a i o Onarze jakoś się cicho zrobiło w ostatnich latach. Mogły też nieco niepokoić zapowiedzi „hustlerskiego, podwórkowego rapu”. W końcu mówimy tu o dwóch panach pod 40-tkę, którzy już od dawna nie wystają pod blokiem. No ale dobra, myślałem, Płomień to Płomień, trzeba dać chłopakom szansę.

No i co? I dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. A oczekiwałem mocnego, bujającego głową albumu, świetnie wyprodukowanego, równie dobrze zarapowanego, z ciekawymi featuringami, z jednej strony przesiąkniętego oldschoolowym, hip-hopowym sznytem, z drugiej – umiejętnie czerpiącego z nowoszkolnych trendów. To taka płyta, której słuchając w aucie, masz ochotę rozkręcić głośniki na full, wcisnąć gaz do podłogi i drzeć japę przy refrenach. Been there, done that.

Cieszy zwłaszcza świetna forma Pezeta, który może sobie rapować o jedzeniu sashimi czy wakame polewanych Kikkomanem, ale robi to tak stylowo, że w zasadzie znów trzeba o nim mówić – w czasie teraźniejszym – jako o jednym z najlepszych MC’s na rodzimej scenie. Posłuchajcie choćby, jak nawija w otwierającej album „Szkole 81”. Śmiem twierdzić, że to jego najlepsza zwrotka od czasów „Muzyki rozrywkowej”. Maestria.

Wiadomo, Onar to jednak trochę inna rapowa liga, ale przecież zawsze tak było i nigdy to specjalnie nie przeszkadzało. Braki nadrabia ultra charakterystycznym „zachrypniętym gardłem”, choć fakt, niektóre językowe „kwiatki” kłują w uszy (taaak, myślę tu choćby o „dwutysięcznym piątym” czy „social medii”). Niemniej jednak, w tym duecie chemia była zawsze i to się nie zmieniło. Słychać, że panowie znają się jak łyse konie i stoją za nimi lata wspólnych melanży, a nie promocyjna machina, napędzana przez wielką wytwórnię, której z analizy rynku wyszło, że akurat taki tandem ma szansę na największy sukces komercyjny. No, szczerość i autentyczność w tym po prostu słychać.

Bitowo również to szalenie mocna pozycja, a zaproszenie do współpracy różnych producentów okazało się strzałem w dziesiątkę (szczególne propsy dla RAU-a i Louisa Villaina). Gdy trzeba, jest na wskroś klasycznie i boom-bapowo („Styl” i te cuty z Big L’a czy „20 to już nie 04”, jakby żywcem wyjęte z płyty Wzgórza Ya-Pa 3), gdy trzeba, zdecydowanie bardziej współcześnie („Maradona”, „Popiół” czy „Do widzenia”).

Najbardziej wyróżnia się jednak „Discopolo” i to nie tylko, jeśli chodzi o warstwę muzyczną (choć Sokos swoim bitem zbudował tu naprawdę piękny klimat), ale też znakomite zwrotki gości (Włodi, Avi – czapki z głów). To jeden z najmocniejszych momentów na płycie, choć umówmy się, na „Szkole 81” w zasadzie nie ma numeru, który by specjalnie odstawał. To bardzo równy materiał, a ograniczenie się do 12 kawałków (w tym instrumentalnego intro i outro) okazało się bardzo dobrym ruchem.

To nie jest album przełomowy, nie odkrywa na nowo gatunku ani go nie redefiniuje. To nie jest album, który zwycięży w podsumowaniach roku na branżowych portalach. Ale za to słucha się go znakomicie. Cytując Onara z klasyka sprzed 15 lat, to „po prostu dobra płyta na dobrych, kurwa, bitach”. Czego chcieć więcej?

Aha, warto też sprawdzić wspomnianą na początku tekstu bonusową płytę z reinterpretacjami numeru „Powiedz na osiedlu”. Choćby tylko dla kapitalnego, grime’owego remiksu Miłego ATZ.

Dodaj komentarz