Wiosna idzie

Za oknem coraz dłużej jasno, na termometrach coraz więcej kresek, a w głośnikach coraz częściej słychać dobry rap. Niechybnie idzie wiosna.

Umówmy się, ostatnie miesiące przesadnie nas – słuchaczy i miłośników rodzimego rapu – nie rozpieszczały. Co prawda pojawiło się kilka ciekawych wydawnictw, zwłaszcza ze strony młodszej części sceny, jednak w ogólnym rozrachunku przełom 2019 i 2020 prezentował się pod względem wartościowej muzyki dość mizernie.

Pisząc o tych paru interesujących materiałach, miałem na myśli przede wszystkim bardzo mocną, emanującą pewnością siebie, samoświadomością i potężnymi możliwościami wokalnymi EP-kę Dziarmy, która narobiła ogromnego apetytu przed pełnowymiarowym debiutem tej niezwykle utalentowanej dziewczyny. Kibicuję jej od ładnych kilku lat i cieszę się, że znów mamy na scenie raperkę, która spokojnie może stawać w szranki z facetami, najczęściej rozstawiając ich po kątach.

Z dobrej strony pokazali się także panowie Kabe i Oki, którzy wydanymi w styczniu albumami potwierdzili swój status jednych z tych młodych graczy, którzy rokują największe nadzieje i już niedługo mają szansę stać się filarami rodzimej rap-gry. Dostaliśmy też niezłe, ale na pewno nie przełomowe nowe wydawnictwa od Dwóch Sławów, Białasa i Zeusa. I to w zasadzie tyle.

Uwaga całego środowiska (a także rzeszy osób na co dzień raczej stroniących od hip-hopowych brzmień) skupiała się na wydarzeniach co prawda związanych z polskich rapem, w których jednak to nie sama muzyka grała pierwsze skrzypce.

Najpierw o Macie i jego Patointeligencji mówiło i pisało się wszędzie, od TVP do Pudelka, a potem podobnych rozmiarów zamieszanie wywołał swoim zupełnie odmienionym wizerunkiem Quebonafide, rozpalając internetowe łącza debatami na temat tego, czy te wszystkie tatuaże to Kuba usunął, czy może tylko przykrył makijażem.

W obu przypadkach hype sięgnął – jak na lokalne warunki i znikomą obecność rapu w mainstreamowych mediach – niebotycznych rozmiarów, za co obu panom należy się szacunek, bo skuteczny PR i niebanalny marketing są dziś niezbędne, by w muzycznym świecie osiągnąć sukces. Natomiast nie zmienia to faktu, że przy okazji dyskusji o Macie i Que najmniej uwagi poświęcano jakości zaproponowanej przez nich muzyki.

Na szczęście wraz z początkiem marca hip-hopowa wajcha zaczęła się coraz bardziej przechylać w kierunku albumów, które najprawdopodobniej obronią się samym poziomem artystycznym, bez konieczności nadmiernego rozpędzania promocyjnej machiny.

Już wydany pod koniec lutego, nieco z partyzanta, Uśmiech Jana-Rapowanie i Nocnego zwiastuje pierwsze symptomy wybudzania się rodzimego rapu z zimowego letargu. Nie będę ukrywał, że mam słabość do rapu Janka, który niby nawija zupełnie normalnie i bez fajerwerków, a jednak z jego wersów bije – przykuwająca do głośników i zupełnie nietypowa wziąwszy pod uwagę młody wiek tego MC – dojrzałość, podlana gęstym, słodko-gorzkim sosem życiowych doświadczeń. Dodając do tego stojące na wysokim poziomie i odmienne od tego, co zazwyczaj serwują lokalni producenci, bity Nocnego, trzecie już wydawnictwo (i wszystko na to wskazuje, że ostatnie) tego duetu nie tylko nie strąciło poprzeczki zawieszonej przez Nocną Zmjanę i Plansze, ale nawet ją przeskoczyło.

Teraz może być już tylko lepiej. Lada dzień z przytupem powrócą chłopaki z PRO8L3M-u, próbując sprostać ogromnym oczekiwaniom, związanym z kontynuacją ich otoczonego – jak dotąd – największym kultem i czcią krążka. Single wskazują, że Art Brut 2 będzie przepełniony nostalgią za szalonymi latami ’90, co dla ludzi, którzy – podobnie jak ja – wchodzili wówczas w dorosłość może oznaczać potężną dawkę wspomnień i wzruszeń. Czekam mocno.

Tego samego dnia co album Oskara i Steeza (6 marca), dostaniemy kolejny materiał, na którym swój znak jakości odcisnął Ten Typ Mes. Tym razem nie będzie to jednak longplay sygnowany ksywką warszawiaka, ale kolektywny projekt, w który zaangażowali się także dawno niesłyszany, ale wciąż znakomity bitmejker Szogun oraz jazzowy muzyk Bartosz Tkacz.

Powiem tak: zupełnie nie wiem, czego po Białym Tunelu się spodziewać. Gdy usłyszałem zapowiedzi tego albumu, w których Mes (ten sam Mes, który tu nawijał, że „nie potrzebuje auto-tune’a do śpiewanych zwrotek” – swoją drogą, jak on tam ku*wa mistrzowsko pojechał, do dziś mam ciarki słuchając tej „szesnastki”) tłumaczył, jak to postanowił okiełznać wroga i jak to odda połowę zysków na cele charytatywne, bo przecież połowę roboty odwalił za niego program komputerowy, pomyślałem, że to już chyba dla mnie za daleki odlot.

Tak, dla mnie, czyli dla gościa, który kiedyś przyjmował wszystko, co nagra Typ zupełnie bezkrytycznie, nie pozwalając złego słowa powiedzieć na twórczość założyciela Alkopoligamii. Ale pierwszy singiel, mimo początkowo odpychającego wrażenia, z czasem siadł zaskakująco dobrze, a drugi – również za sprawą absolutnie kozackiej zwrotki alyony alyony – już zamiótł konkretnie. Kolejne dwa weszły nieco słabiej, natomiast to wciąż może być naprawdę intrygujący i udany eksperyment. Ale równie dobrze, może to być kompletna kupa. Po prostu poczekajmy.

Marzec odpali więc z grubej rury, a pierwszy piątek miesiąca może być tylko aperitifem przed tym, co nas spotka w kolejnych tygodniach. Najpierw, 20.03, po prawie 15 latach przerwy dostaniemy nowy album Płomienia 81. Co by nie mówić, to wydarzenie naprawdę dużego kalibru. I mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie będzie to tylko gratka dla starych dziadów, pokroju autora niniejszego bloga, którzy pierwsze piwka na ławce pod blokiem pili przy dźwiękach Letniaka.

Panowie odzyskali bowiem werwę. Zwłaszcza Pezet, który po ubiegłorocznej, bardzo udanej Muzyce Współczesnej znów nabrał wiatru w żagle, dogrywając kilka bardzo fajnych „gościnek” i ruszając w trasę Magenta Tour. Jak to się ładnie mówi, plotki o artystycznej śmierci tego rapera okazały się być mocno przesadzone. I całe szczęście, bo to wciąż jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci na naszej scenie. Jednym słowem, „parafia wierzy, nowy Płomień, jebać starych wrogów”.

Premierę Szkoły 81 zaplanowano tego samego dnia co IDeal, czyli nowy album Rosalie., którą – co tu dużo mówić – absolutnie uwielbiam. I choć to zdecydowanie bardziej R&B niż rap, to jednak zarówno wytwórnia, w której wychodzi płyta (Def Jam), jak i sam vibe artystki jest w 100% hip-hopowy. Cytując kolegę z jednego akapitu wyżej, to nie może nie być hit!

Na creme de la creme marca przyjdzie nam jednak poczekać do ostatniego piątku miesiąca. Jeśli choć sporadycznie zaglądacie na tego bloga, pewnie doskonale znacie mój stosunek do twórczości Bonsona. A jeśli nie znacie, to śpieszę z wyjaśnieniem: Bons jest królem. Dlatego płyta, zatytułowana – nomen omen – Królu Złoty, to najbardziej wyczekiwane przeze mnie wydawnictwo nie tylko marca, nie tylko wiosny, ale i całego 2020 roku. Szczecinianin, jak to ma w zwyczaju, znów wykonał woltę i nieco zmienił stylistykę, w obrębie której rapuje, tym razem kierując się – przynajmniej sugerując się singlami – w bardziej śpiewane i nieco lżejsze brzmieniowo (bo tekstowo na pewno nie) rejony. Damian ma u mnie ogromny kredyt zaufania i jestem przekonany, że i tym razem obędzie się bez karnych odsetek. Czyli co, kolejna płyta roku w dorobku Bonsa?

Sporo tego dobra jak na jeden miesiąc, nieprawdaż? A to przecież nie wszystko, bo wielkimi krokami nadchodzą także nowe albumy choćby Tuzzy, Otsochodzi czy Rasmentalismu. Kwiecień zresztą zapowiada się wcale nie słabiej, bo to właśnie wtedy w pełnej krasie zaprezentuje nam się m.in. odmieniony Quebonafide (czy może jednak Jakub Grabowski?), a po dłuższej przerwie za mikrofon znów chwycą Eldo i Łona (ten drugi w niezawodnym duecie wokalno-producenckim z Webberem). Aha, no i będzie kolabo Borixona z Reto.

Foto główne: Piotr Jakubowski

Dodaj komentarz