Rap na sterydach

sarius-i-zyli-krotko-i-szczesliwie-768x688Sariusa-rapera poznałem, nieco przez przypadek, pod koniec 2013 roku. Owszem, obiło mi się wcześniej o uszy, że jest taki młody MC z Częstochowy, którego pod swoje skrzydła wziął Tytus z Asfaltu, ale nie przywiązałem do tej informacji większej wagi. Potem, jakoś w połowie grudnia, jadąc samochodem do Warszawy, a właściwie stojąc w korku gdzieś na trasie i słuchając Czwórki, po raz pierwszy w życiu  – z nudów – wziąłem udział w konkursie radiowym. Z eteru padło pytanie: „w jakiej wytwórni Sarius wydał swój debiutancki album?”. Szybko poszedł SMS, oddzwoniła miła pani, a parę minut później byłem na antenie. Poprawna odpowiedź, a kilka dni później przesyłka pocztowa z płytą „Blisko leży obraz końca” w środku. Wziąłem krążek do auta, wrzuciłem do odtwarzacza i… został tam na kilka ładnych tygodni.

Nieznany mi wcześniej gość emanował z głośników taką energią i pewnością siebie, że trudno było się oderwać. Jego bezkompromisowe teksty i ostre jak brzytwa flow przywodziły na myśl młodego O.S.T.R.-a (o czym zresztą wspominałem w tekście podsumowującym 2013 rok w polskim rapie). A to wszystko na mięsistych, osadzonych w złotej erze hip-hopu podkładach niezawodnego DJ Eproma. Wyszedł z tego bardzo mocny materiał.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=-0Dd2gZMZeo&w=560&h=315]

Od tego czasu karierę Sariusa śledziłem już uważnie. I nie mogłem wyjść z podziwu, w jakim tempie się rozwija. Z kawałka na kawałek, ba, ze zwrotki na zwrotkę, częstochowianin zaliczał spory progres, poprawiając warsztat i dopracowując teksty. Nie zmieniała się tylko niesamowita energia, z którą wręcz pożerał kolejne bity. Jasne, czasem zdarzało mu się przeszarżować, niemniej jednak błyskawicznie awansował z kategorii „młody, dobrze zapowiadający się” do „absolutna czołówka”.

Kolejne wydawnictwa („Wszystko dobrze EP”, drugi longplay „Daleko jeszcze?” na bitach Ostrego, mixtape „Gdzieś to już słyszałem” czy wreszcie EP-ki „Złe towarzystwo”, nagrane razem z Weną i „Zero starań”, stworzone w kooperacji z Soulpete’em ), nie mówiąc już o niezliczonych gościnnych zwrotkach, w których zazwyczaj przyćmiewał gospodarzy, tylko potwierdzały wyjątkowość tego zawodnika.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=ycp8xfVVmwg&w=560&h=315]

Wydana pod koniec listopada płyta „I żyli krótko i szczęśliwie” to jego – jak do tej pory – opus magnum. Jeśli jeszcze ktoś miał wątpliwości, z jakiego kalibru graczem mamy do czynienia, po odsłuchu tego krążka już ich mieć nie będzie. A jeśli tego LP zabraknie w podsumowaniach najlepszych wydawnictw 2016 roku, szczerze zwątpię w znajomość tematu wśród polskich słuchaczy i recenzentów.

To album ciężkostrawny, smutny, momentami wręcz psychodeliczny, ale jednocześnie hipnotyzujący, pełen emocji i wciągający. Sarius zaprasza nas do swojego świata, wypełnionego używkami, na pewno nie usłanego różami, ale kuszącego niczym Ciemna Strona Mocy w Gwiezdnych Wojnach.

„Nie świecę jak gwiazda, więc nie, to nie blask
Pada na twarze, a blady strach
Wchodzę w te miejsca, gdzie każdy by chciał
Pytasz o te miejsca, mówię: to nie ja”

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=Amoh7-8JBog&w=560&h=315]

Mariusz z Tysiąclecia ma swoje demony, o których opowiada choćby w poruszającej „Ivanushce” (dla mnie numer jeden na płycie), często rapuje o śmierci (odwołania na okładce do Klubu 27 nie są przypadkowe), przygnębia go częstochowska rzeczywistość. Jest zdrowo wku*wiony i sfrustrowany. I paradoksalnie, wychodzi mu to na dobre. Przynajmniej pod względem artystycznym, bo mocno autobiograficzne, depresyjne teksty, nawinięte z wściekłością albo smutkiem, to najlepsze, co Sarius nagrał w całej swojej karierze.

„Kiedy się uwolnię z pierdolonych ran
Proponujesz kokę, słaby lekarz, fakt
Dokąd pójść, panie Johnnie Walker, tam?
Im jest gorzej, tym mam więcej braw
Raczej o tym Ci już nie opowiem sam
To mi dało moce, nie ponoszę strat
Nie zależy mi, nie chcę powietrza”

Przy swoim trzecim longplayu Sarius ponownie postawił na jednego bitmejkera. A w zasadzie dwóch, ale działających w tandemie. I był to dobry ruch, bo duet Voskovy sprostał wysokim oczekiwaniom, jakie narzucili producenci poprzednich płyt częstochowianina (Eprom, O.S.T.R. i Soulpete). Czuć chemię między raperem a twórcami muzyki i to, że wspólnie pracowali nad brzmieniem albumu zamknięci w studiu (a nie wysyłając sobie pliki przez internet). Ale o ile na „Blisko leży obraz końca” czy „Daleko jeszcze?” można było się spierać, kto gra pierwsze skrzypce (MC czy producent), tu takich dylematów nie ma. Sarius robi z bitami, co chce, jedzie płynnie niezależnie od tempa, przyśpiesza, zwalnia, nuci, by po chwili wybuchnąć złością. Nawet na moment nie pozwala oderwać się od głośnika.

To jest taki rap, jakiego chcę słuchać. Emocje, charyzma, skillsy. I choć w ostatnim okresie wyszło sporo dobrych płyt (Mes, Taco), to album Sariusa jak na razie jest dla mnie numerem jeden jeśli chodzi o drugą połowę 2016 roku na polskiej scenie.

PS. Już po premierze „I żyli krótko i szczęśliwie”, światło dzienne ujrzał „Cypher 2.0”, w którym gościnnie udziela się Mariusz. A w zasadzie on tam się nie udziela. On – z szaleńczym błyskiem w oku i ubrany w kaftan bezpieczeństwa – rozpieprza ten kawałek w drobny mak, a przyćmić VNM’a w braggowym numerze to przecież nie lada sztuka. I choćby to świadczy o tym, jaki potencjał drzemie w Sariusie. Jak to mawiał Notorius B.I.G., sky is the limit.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=hWa5kdJSX30&w=560&h=315]

 

2 myśli na temat “Rap na sterydach

Dodaj komentarz