5 płyt, o których nie słyszeliście. A to błąd!

2016 to był dobry rok w polskim rapie. Nie wybitny, nie rewolucyjny, ale też na pewno nie przeciętny i bezbarwny.

Gdybym miał tu robić podsumowanie najlepszych wydawnictw zeszłego roku, nie zabrakłoby bardzo mocnych pozycji od weteranów rodzimej sceny (O.S.T.R.tu moja recenzja, Łona i Webber, a nawet, co było pewnym zaskoczeniem, Eldo – brawo, panowie!) czy udanych płyt młodych wilków (Otsochodzi, Taco Hemingway, Kaz Bałagane – to oni będą rządzić już całkiem niedługo).

Porządne albumy, ale jednak nie najlepsze w swoich karierach, nagrali Bonson (wiele wskazuje na to, że nadchodzące Almost Famous może być opus magnum szczecinianina), KęKę (są emocje, jest życiowa mądrość, ale poprzednie dwa LP od Piotrka gościły w moich słuchawkach dłużej i robiły większe wrażenie), Rasmentalism (u mnie wciąż na topie bardzo niedoceniony „Hotel trzygwiazdkowy”) i VNM (kurde, szanuję warsztat i skille, ale ile można słuchać o apartamencie za 4 koła? Chcę więcej takich numerów jak „Linie”, którymi V rozstawia konkurencję po kątach!).

Koniec końców płytę roku i tak nagrał PRO8L3M – to w tym momencie najciekawszy projekt na rodzimej scenie, z zupełnie odrębnym lotem, niepodrabialnym stylem i ogromną muzyczną wyobraźnią. Oskar i DJ Steez sprostali bardzo wygórowanym oczekiwaniom, jakie z ich pierwszym longplayem wiązali fani i krytycy. To nie jest łatwy w odbiorze album, ale jak już dasz się wciągnąć w ich futurystyczno-uliczny świat, nie ma odwrotu i słuchasz tego na okrągło.

Nie obyło się jednak bez rozczarowań. Największe z nich to „AŁA.”. Jak pisałem w recenzji, najnowsza płyta Tego Typa Mesa to bardzo dopracowana i zróżnicowana pozycja, ale – do cholery – to końcu Mes, czyli gość, którego wszystkie poprzednie wydawnictwa z miejsca zdobywały sobie moje serce i ucho. A tu – mimo wiele prób – tak się nie stało. Owszem, są świetne kawałki, do których z przyjemnością wracam, ale jako całość – szału nie ma.

Dobra, do rzeczy. Gdybym miał wybierać moje ulubione wydawnictwa z 2016 roku (do których wracałem najchętniej, które najbardziej mnie zaskoczyły i zrobiły największe wrażenie), byłoby tam pięć płyt. Pięć płyt, które nie wywołały tyle szumu co wymienione wyżej krążki, które może przeszły trochę bez echa (błąd!), ale które na pewno warte są każdej minuty spędzonej na ich odsłuchu.

Flojd/Wiro – Kilka stopni wyżej

Idę o zakład, że mało kto o nich słyszał. A szkoda, bo ten braterski, wywodzący się z Elbląga duet MC/producent wydał w zeszłym roku naprawdę świetny album.

Flojda możecie kojarzyć z gościnnych zwrotek u VNM’a albo z kapitalnego numeru na producenckiej płycie Czarnego HIFI. Gość rapuje prosto z serca, teksty są pełne emocji, ale jednocześnie zaawansowane technicznie, a jego flow znakomicie współgra z klasycznymi bitami Wira. To szczery, nieprzekombinowany rap. Po prostu bardzo dobry rap.

Pelson – Bumelant

Wspominałem na wstępie o bardzo dobrych płytach, które w zeszłym roku nagrali weterani rodzimej sceny. Najfajniejszą spośród nich wydał Pelson. Tak, Pelson, czyli ten gość, który niby ciągle rapuje tak samo i  zatrzymał się w pierwszej dekadzie XXI wieku. No i co z tego, skoro jego najnowszego LP słucha się z taką przyjemnością?!

W recenzji z czerwca 2016 roku pisałem tak: to album nagrany przez dorosłego faceta, ze sporym bagażem doświadczeń, od którego bije życiowa mądrość. I też – jak mniemam – to płyta kierowana do nieco starszych słuchaczy, którzy bardziej od poczwórnych rymów i ekwilibrystyki z flow cenią to, co artysta ma do powiedzenia. „Bumelant” świetnie sprawdzi się zarówno podczas samotnego spaceru ze słuchawkami na uszach w ciepły, letni wieczór, jak i podczas nocnej jazdy samochodem pustymi ulicami wielkiego miasta.

Dziś nie ująłbym tego lepiej. Płyta pozwala na chwilę zatrzymać się we wszechogarniającym, życiowym pędzie, odpłynąć w świat muzyki i przez kilkadziesiąt minut niczym się nie przejmować. Balsam dla uszu.

Sarius – I żyli krótko i szczęśliwie

O ostatniej płycie Sariusa szerzej pisałem całkiem niedawno, więc teraz tylko kilka słów tytułem update’u.

Częstochowianin po słabym przyjęciu „I żyli krótko i szczęśliwie” (w czym sporą „zasługę” ma jego macierzysta wytwórnia, która zapewniła w zasadzie zerową promocję krążka) zapowiedział dłuższy rozbrat z rapem. Całe szczęście, że chłop dostał błyskawiczne wsparcie od przyjaciół i fanów, którzy szybko wybili mu ten pomysł z głowy.

Powtarzam to często: to najlepszy raper młodego pokolenia, który do ogromnej ekspresji, energii i charyzmy, dołożył teraz jeszcze sporą dawkę emocji. Wyszła z tego wybuchowa mieszanka i prześwietny materiał. Bardzo mocno trzymam kciuki za tego chłopaka. Zobaczysz, „jeszcze wszystko się odmieni wokół ksywy Sarius”.

Greenzki/Gres – Fraktal

O tej płycie było nawet jeszcze ciszej niż o krążku Sariusa. Wyszła pod sam koniec roku i gdzieś przepadła w świąteczno-noworocznej gorączce. A w żadnym wypadku nie powinna.

Gres, autor kultowej w pewnych kręgach EP-ki „Noc”, przypomniał, dlaczego słusznie uznawany jest za jednego z najlepszych tekściarzy w historii polskiego rapu, którego wersy w połączeniu z hipnotyzującym wokalem tworzą niesamowicie plastyczne obrazy. Green co prawda aż takiej charyzmy i talentu nie ma, ale niewiele ustępuje swojemu krajanowi. No i last, but not least, bity dał tu jeszcze inny łodzianin. Niejaki O.S.T.R. – czy trzeba dodawać coś jeszcze?

To mroczny, przejmujący, klimatyczny krążek. Najlepiej słucha się go nocą i w słuchawkach. Świetna rzecz.

 Roszja/Magiera – Ucieczka z kolonii

O tej płycie też pewnie słyszeli nieliczni, ale to akurat zamierzone działanie. Roszja przyzwyczaił nas do tego, że wydaje (rzadko, bo rzadko, ale jednak wydaje) po cichu, by nie powiedzieć, że wręcz po kryjomu. Teraz też – najpierw była wypuszczona tylko na winylu płyta, która dopiero później, po gorących namowach i apelach fanów, trafiła na YouTube. Promocja? Jaka promocja?!

Roszja to pionier wrocławskiego rapu, autor kilku absolutnie legendarnych krążków (by wymienić tylko „Duszę podziemia”, „Obawę przed potem” czy „Wbrew wskazówkom”), jedna z najbarwniejszych i najoryginalniejszych postaci na naszej scenie. Raper dysponujący ogromną wyobraźnią, melodyjnym głosem i talentem do pisania – oprócz wielowarstwowych tekstów – także wpadających w ucho refrenów.

Przy ostatnim projekcie połączył siły z Magierą, świetnym wrocławskim producentem, który jednak po okresie prosperity (seria „Kodex”) nieco usunął się w cień. Teraz wraca z zupełnie nowym, świeżym i przestrzennym brzmieniem. To jego najlepsze bity od czasów nagranego z Tymonem „Oddycham smogiem”.

„Ucieczka z kolonii” to – podobnie jak „Wbrew wskazówkom” – osadzony w klimacie science-fiction album, może nieco mniej sztywno trzymający się konceptu, ale znów przesycony futurystycznymi wizjami i odniesieniami do literatury. Album wymagający, ale i dający mnóstwo frajdy. Absolutny top 2016 roku.

Dodaj komentarz