Sztywniutko o „Ślepnąc od świateł”

Jeśli dziesiątki hurraoptymistycznych recenzji jeszcze was nie zachęciły do sięgnięcia po serial „Ślepnąc od świateł”, zróbcie to chociażby dla samych rapowych akcentów. Zdecydowanie warto.

O „Ślepnąc od świateł” napisano już chyba wszystko. Że to najlepszy polski serial ever (w którym na dodatek wszystko dobrze słychać!), że kapitalnie pokazana Warszawa (dla mnie pierwsze skojarzenie to skrzyżowanie Sin City z Gotham, zwłaszcza przez wzgląd na czołówkę), że rewelacyjnie, bez wyjątku, wypadła przewijająca się przez ekran plejada gwiazd polskiego kina (a zwłaszcza Jan Frycz, chapeau bas, chyba rola życia), że wszystkie elementy filmowego rzemiosła (od scenariusza i reżyserię, przez zdjęcia i montaż, aż po udźwiękowienie i muzykę) dopracowano niemalże do perfekcji.

Jako że ani nie czuję się specjalnie ekspertem, by popełniać kolejną recenzję najnowszej produkcji polskiego HBO, ani ten blog nie wydaje się być ku temu najlepszym miejscem (jak szukam przepisów kulinarnych, to nie wchodzę na portale randkowe, wiadomo), skupię się na tym, na czym znam się najlepiej. Znaczy się na rapie. A koligacji z tym gatunkiem w serialu nie brakuje.

Jak już wspominałem na fanpage’u, sama powieść „Ślepnąc od świateł”, którą po raz pierwszy czytałem dobrych kilka lat temu, ma dla mnie bardzo hip-hopowy vibe. I nawet nie chodzi o tematykę, choć umówmy się, dilerka to przecież jeden z archetypicznych motywów nie tylko polskiego, ale też (a raczej, przede wszystkim) amerykańskiego rapu. Bardziej myślę tu o sposobie prowadzenia narracji i opisywania emocji, sytuacji, miejsc czy osób – czytając książkę Żulczyka, czułem podobne wibracje jak podczas słuchania numerów Nasa czy Notoriousa B.I.G. lub – patrząc bardziej lokalnie – Sokoła czy Oskara z PRO8L3M-u.

Zresztą nic w tym dziwnego, bo przecież Jakub Żulczyk przygodę z pisaniem zaczynał od dziennikarstwa muzycznego, a specjalizował się właśnie hip-hopie. Jako że jesteśmy równolatkami, to gdy sam zdobywałem pierwsze szlify w tej materii i podglądałem, co robi „konkurencja”, siłą rzeczy często trafiałem na recenzje rapowych płyt, właśnie jego autorstwa. A to, że dziś on jest wziętym pisarzem i scenarzystą, a ja dalej piszę o hip-hopie, to cóż… jak to mówią, shame on me;) W każdym razie, te rapowe korzenie w twórczości Żulczyka po prostu czuć.

Przechodząc do samego serialu, gdy tylko usłyszałem, że za kamerą stanie Krzysztof Skonieczny, wiedziałem, że ta „hip-hopowość”, którą odnalazłem w powieści, na ekranie jeszcze się spotęguje. Przecież Skonieczny to gość, który wyreżyserował masę świetnych teledysków, w tym bodajże dwa dla donGURALesko, m.in. kapitalny klip do równie kapitalnego numeru „Niesiemy dla was bombę”, promującego „Hardkor Disko”, czyli jego pełnometrażowy debiut reżyserski i przy okazji jeden z moich ulubionych polskich filmów. Szybki rzut oka w metrykę – Skonieczny, podobnie jak Żulczyk (i ja), też jest ’83. Ech… 😉

Tego, że reżysersko Skonieczny „dźwignie” temat, byłem pewny. Ale tego, że w serialu ze świetnym skutkiem wcieli się w rolę rapera i – co więcej – sam będzie rapował, już nie. Serio, gdy pierwszy raz usłyszałem „Od braci dla braci” i „Ślepi od świateł”, byłem przekonany, że wykonuje je jakiś zawodowy raper. Tak dobrze i profesjonalnie są przewinięte oba numery.

W poszukiwaniu odpowiedzi, który MC użyczył głosu serialowemu Piorunowi, przeczesałem fora i kanały w social media. I co? I okazało się, że to pan reżyser we własnej osobie tam nawija, a jak zdradził w wywiadzie dla Filmwebu, w pisaniu tekstów pomagał mu jeden z czołowych polskich raperów (fraza i flow dość jasno wskazują, kto zacz).

Powiem krótko. Gdyby polski uliczny rap brzmiał tak, jak w wykonaniu Skoniecznego, słuchałbym go zdecydowanie częściej. Jest po prostu sztywniutko i wszystko się tam muzycznie zgadza. Panie Krzysztofie, gdyby zdarzyło się tak, że chwilowo zabraknie panu pomysłów na kolejne filmy, uprzejmie proszę o nagranie płyty. Będę pierwszy, który wyda na to kwit.

No ale przecież jest jeszcze główny bohater, Kuba (czyli książkowy Jacek, a osoby zainteresowane tematem zmiany imienia odsyłam na fanpage pana Żulczyka). Choć co prawda podczas nocnych podróży po Warszawie, w jego lśniącym BMW rozbrzmiewa raczej muzyka klasyczna, to jednak w jego postać wcielił się Kamil Nożyński, jeśli chodzi o aktorstwo – zupełny naturszczyk, ale za to ze sporym doświadczeniem w – jakżeby inaczej – rapie. Bo to przecież nie kto inny jak Saful z uznanej warszawskiej ekipy Dixon37, który – jak wspominał w którymś z wywiadów – gdy dostał propozycję zagrania głównej roli w tym serialu, najpierw zakrztusił się obiadem, a potem, będąc przekonanym, że ktoś stroi sobie żarty, już pewnie szykował się do spuszczenia srogiego wpie*dolu dowcipnisiowi.

Opinie co do jego gry są podzielone, mi akurat pasuje do tej roli idealnie i czytając książkę, mniej więcej właśnie tak (przede wszystkim jeśli chodzi o aparycję) wyobrażałem sobie Jacka. To gość z gatunku tych, którzy co prawda zachowują się spokojnie i nad wyraz kulturalnie, ale wiesz, że raczej nie chciałbyś się znaleźć z nim sam na sam w ciemnym zaułku, zwłaszcza, gdybyś np. wisiał mu hajs. Z ekranu bije charyzma, siła i zwierzęcy magnetyzm. Dla mnie strzał w dziesiątkę.

„Ślepnąc od świateł” warto obejrzeć z tysiąca powodów. To jeden z tych seriali, które głęboko wchodzą pod skórę i nie chcą wyjść z głowy jeszcze długo po seansie. A liczne rapowe nawiązania i odniesienia to tylko wisienka (lub, cytując klasyka, truskawka) na torcie. Mistrzostwo. Absolutnie.

Dodaj komentarz