Za stary na rap

Chyba jestem już za stary na rap. Serio, coraz częściej łapię się na takiej myśli i bynajmniej nie chodzi o to, że przestała mi się ta muzyka podobać.

Nic z tych rzeczy, bo tak samo jak 10 czy 15 lat temu jaram się, gdy wychodzi płyta, na którą czekałem wiele miesięcy i z tą samą ekscytacją odpalam CD w aucie lub Tidala na smartfonie.

Ale gdy dziś, na ulicy, zobaczyłem chłopaczka, na oko 7-8-letniego, dźwigającego na plecach szkolny tornister i słuchającego z rozkręconego na full telefonu „Toy Story” Bedoesa, czyli jakby nie patrzeć numeru z albumu, któremu i ja w ostatnim czasie poświęciłem sporo czasu, pomyślałem, że albo ze mną, albo z nim coś jest nie tak. I po chwili doszedłem do smutnej konstatacji, że raczej pierwsza w powyższych opcji jest bardziej prawdopodobna.

Podobne refleksje dopadają mnie także na stricte rapowych koncertach, na których bywam coraz rzadziej, właśnie dlatego, że coraz mocniej czuję, jakbym już tam nie pasował. Kilka dni temu pojechałem do Warszawy na Skeptę, czyli legendę grime’u i jednego z moich ulubionych MC’s. I znowuż, o ile w trakcie samego gigu bawiłem się bardzo dobrze, o tyle gdy tylko Skepta skończył grać, a w Progresji zapalili światła, zrobiło się dziwnie. Bo okazało się, że jakieś 70% publiki było ode mnie znacznie (i mam tu na myśli wynik, liczony w latach, raczej dwu- niż jednocyfrowy) młodsze. Nie to, żeby mi towarzystwo młodzieży przeszkadzało, ale po prostu poczułem się nieswojo.

Dlatego też znacznie lepiej, jeśli chodzi o ogólne samopoczucie i komfort, a nie o samą muzykę, odnajduję się teraz choćby na takim OFF Festivalu (nie bez kozery nazywanym festiwalem dla starych ludzi), gdzie osób w moim wieku jest większość, a nie niemal niezauważalna w tłumie garstka.

Pomyślicie: oj tam, stary dziad jojczy, jak mu się nie podoba, niech nie chodzi. I w sumie przyznałbym wam rację i zamknął dziób, gdyby nie drobny szczegół: ja dalej mam ogromną zajawę na rap i naprawdę bardzo lubię słuchać go na żywo. Najlepiej byłoby pewnie olać w takim razie kwestię wieku publiczności na hip-hopowych koncertach i dobrze się bawić. Sęk w tym, że chyba nie potrafię zupełnie nie zwracać uwagi na to, co dzieje się wokół mnie.

Już nie mówiąc o tym, że coraz rzadziej mam z kim na taki koncert pójść. Bo kumple, z którymi kiedyś regularnie bawiłem się na rapowych imprezach, już z nich najzwyczajniej w świecie powyrastali, a żona preferuje nieco odmienną muzykę, więc zazwyczaj nie mam serca jej ciągnąć w tłum pobudzonej używkami, których nazw zapewne nawet nie znam, nastoletniej gawiedzi.

„Wobec starej szkoły już spłaciłem swoje długi”

Cóż, taki life. I pewnie machnąłbym na to wszystko ręką, gdyby nie to, że odnoszę ostatnimi czasy wrażenie, iż na rap nie tylko ja jestem za stary, ale i spora część wciąż aktywnych raperów, działających na scenie od wielu lat. Niektórzy z nich mają dziś bowiem ewidentnie problem z nową falą rodzimych MC’s, a że przedstawiciele tejże nowej fali, wbrew staroszkolnej maksymie mówiącej o „paying dues”, bez pardonu sięgają po słuchaczy i ich pieniądze, atmosfera się zagęszcza.

Mniej istotne, czy rację ma Young Multi apelujący do starszych kolegów po fachu, by ci otworzyli głowy, czy raczej Bonson, odpowiadający mu dość obcesowo: „zamknij dupę łaku”. Chodzi mi raczej o to, że bardziej doświadczeni raperzy powinni – moim zdaniem – na chłodno podchodzić do niektórych spraw i nie dawać się tak łatwo prowokować kolegom z mniejszym stażem, zarówno życiowym, jak i scenicznym.

Bo o ile wypowiedź Multiego z rozmowy w CGM rzeczywiście była po prostu kretyńska, o tyle emocjonalne reakcje nie tylko Bonsona, ale także m.in. Włodiego, też nie mają większego sensu, bo tylko dolewają oliwy do ognia i zaostrzają podziały.

Bardzo podobna sytuacja miała zresztą miejsce chwilę wcześniej, gdy ponownie rozgorzał beef między Bedoesem a Dixonami. Tu też zarzewiem sporu był międzypokoleniowy konflikt, bo choć bezpośrednio rzecz dotyczyła numeru „Kwiat polskiej młodzieży”, w którym Borek wspomina, że musiał uciekać po koncercie schowany w bagażniku, bo starsi koledzy raperzy chcieli mu z du*y zrobić jesień średniowiecza, to jednak gdzieś tam w tle majaczyła pamiętna wypowiedź Bedoesa z koncertu w Stodole.

Młodego MC ewidentnie wtedy poniosło i obraził jakieś 90 proc. polskiej sceny, mówiąc, że wszyscy raperzy spoza kręgu SB Maffiji, eufemistycznie rzecz ujmując, są miłośnikami wykonywania fellatio. Został za to – zupełnie słusznie zresztą – w żołnierskich słowach przywołany do porządku przez starą gwardię i choć zdążył za swoje słowa przeprosić (i to nie raz), wciąż są mu one wypominane.

W całym tym międzypokoleniowym galimatiasie najwięcej zdrowego rozsądku zachowuje gość, po którym jeszcze do niedawna najmniej bym się tego spodziewał. Czyli nie kto inny jak Rychu Peja, który nie dość, że pojawia się gościnnie nie tylko u Young Multiego, ale też u innego „młodego gniewnego”, czyli Young Igiego, to jeszcze publicznie broni młokosów, całkiem sensownie argumentując, że obecni weterani, będąc w wieku Bedoesa czy Mulciaka, wcale nie brylowali skillsami. I że ładnych parę lat temu byli w takiej samej sytuacji co dzisiejsi 20-latkowie, musząc dobijać się do zamkniętych drzwi muzycznego showbiznesu.

Książę Jeżyc dotknął tu sedna. Czyli tego, że w rapie powinny liczyć się tylko umiejętności, a nie metryka. I że rap powinno dzielić się na dobry i słaby, a nie na staro- i nowoszkolny. Ja sam z dość dużą rezerwą podchodzę do twórczości zdecydowanej większości młodych wilków, ale nie dlatego, że są młodzi, ale dlatego, że sporej części z nich brakuje oryginalności, polotu, charyzmy czy talentu.

I dlatego nie mam problemu z tym, żeby przyznać, że myliłem się co do Bedoesa. Kiedyś w dość bezceremonialnych słowach skrytykowałem jego twórczość, dziś zwracam honor, bo okazało się, że gość zmienił stylistykę, dopracował warsztat i rozwinął skrzydła tak, że jest zdecydowanie najciekawszym przedstawicielem nowej fali w polskim rapie. I choć jego najnowszy album ma sporo niedociągnięć, to dawno nie słyszałem tak szczerego i bezkompromisowego krążka na naszej scenie.

Dobra muzyka broni się sama. To wyświechtany frazes, ale wydaje mi się, że wiele osób dziś o tym zapomina. Równie dobrze możesz robić zajebisty rap, mając lat 20, co nagrywać chu*owe numery przekraczając czterdziestkę. Skille to dla mnie najważniejszy i w zasadzie jedyny wyznacznik, wedle którego dzielę MC’s. Czego i wam życzę.

Photo by Shane Rounce on Unsplash

Dodaj komentarz