Dziś takich raperów już nie ma

Powroty z rapowych zaświatów często kończą się spektakularną klęską. Jeśli jednak podchodziliście do nowego albumu Emila Blefa z obawami, czy aby nie dostaniecie odgrzewanego, muzycznego kotleta, uspokajam – nic z tych rzeczy. „Przesunięcia” to świetny i świeży materiał, nagrany przez jednego z najlepszych tekściarzy, jakie nasz hip-hopowy grajdoł widział.

Zanim jednak o samych „Przesunięciach”, cofnijmy się o paręnaście dobrych lat wstecz. „Fach” Flexxipu to jedna z najważniejszych płyt mojej późnej młodości/wczesnej dorosłości i – obiektywniej nieco patrząc – jeden z najlepszych albumów z polskim rapem, jakie wyszły na świat w pierwszych latach XXI wieku.

Wiadomo, pierwsze skrzypce grał tam Mes – hustler, bawidamek i dusza towarzystwa, już wtedy wyróżniający się ponadprzeciętnym – jak na rodzime standardy – flow. Emil Blef, typ wrażliwca, nieco chował się w cieniu zdecydowanie bardziej ekstrawertycznego kolegi, ale w pamięci zapadały przede wszystkim jego świetnie napisane, mocno poetyckie i nad wyraz dojrzałe wersy. Zwłaszcza solowy kawałek Blefa z tego krążka – „Mam wiadomość” – był jednym z highlightów całego wydawnictwa, ukazując w pełni talent Emila do tworzenia wciągających i wielowymiarowych tekstów.

Podobnie zresztą było z wydanym w 2008 roku solowym longplayem tego MC – „Mam taką twarz, że ludzie mi ufają…billing”, który choć przeszedł bez większego echa, był naprawdę bardzo mocnym i przede wszystkim znakomicie napisanym albumem, którym Blef w zasadzie (nie licząc późniejszych, bardzo sporadycznych gościnnych zwrotek u zaprzyjaźnionych raperów) pożegnał się na dłuższy czas ze swoimi słuchaczami.

Potem skupił się na karierze zawodowej. I to karierze całkiem imponującej w – jakżeby inaczej – branży reklamowej. Piszę „jakżeby inaczej”, bo zupełnie mnie nie dziwi, że chłop znakomicie odnalazł się w roli copywritera – mając tak dobre pióro, wydaje się wręcz skrojony do tego zawodu. No chyba, że zdecydowałby się zostać pisarzem – na tym polu też wróżyłbym mu spory sukces.

Po dobrych kilku latach milczenia, Blef ponownie pojawił się na scenie przy okazji premierowego koncertu projektu „Albo Inaczej” na RBMA Weekenderze w Warszawie. Tak się składa, że miałem przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu i gdy na scenie pojawili się Ten Typ Mes wspólnie z Emilem, by wykonać „Oszustów” z „Fachu”, miałem łzy w oczach. Serio.

Wielkie wzruszenie widać było także na twarzach obu MC’s, mających okazję znów, po kilkunastu latach, ramię w ramię zagrać kilka ze swoich największych szlagierów. To w ogóle był magiczny koncert, obfitujący w niesamowite występy tuzów polskiej muzyki rozrywkowej, ale dla mnie zdecydowanie najważniejszym momentem był właśnie wykon reaktywowanego specjalnie na tę okazję Flexxipu.

Po tym koncercie Blef – na całe szczęście – nie zapadł się znów pod ziemię, tylko od czasu do czasu raczył fanów świeżą porcją swojego rapu. A to w jednej z wersji kawałka Mesa „Czy ty to ty?”, a to na alkopoligamicznym projekcie „Molza”, gdzie – wspólnie z Rosalie. – nagrał znakomity numer „Kiedy muzyka się upomni”, a to wreszcie na ubiegłorocznym albumie Typa „Rapersampler”, gdzie w „Jeszcze” znów mogliśmy usłyszeć ten absolutnie unikatowy, flexxipowy vibe . Nic więc dziwnego, że obaj panowie coraz częściej słyszą pytania i apele o reaktywację składu, choćby na potrzeby jednego albumu albo przynajmniej EP-ki.

Na to musimy jeszcze poczekać (ale się doczekamy, wierzę!), natomiast pod koniec lutego tego roku gruchnął potężny news. Blef wydaje solówkę! Dla mnie była to najważniejsza muzyczna rapowa wiadomość pierwszego kwartału i już po pierwszym singlu czułem, że raczej się nie zawiodę. Werwa, pewny, mocny głos, przykuwające uwagę wersy, przestrzenny bit. Na „Coney Island” usłyszeliśmy niby dobrze znanego Emila Blefa, ale jednak jakby zupełnie nowego, rapującego z dużo większą energią i siłą niż kiedykolwiek wcześniej.

Gdy w piątek 29 marca na Tidalu pojawił się cały album „Przesunięcia”, zacząłem dzień od odsłuchu właśnie tego wydawnictwa. Mimo że tego dnia swoją premierę miało kilka innych, również przeze mnie wyczekiwanych krążków. I wiecie co? Przez następnych kilka ładnych godzin nie przesłuchałem już niczego innego, bo króciutki, niespełna 30-minutowy materiał wciągnął mnie bez reszty.

Kiedy w otwierającym album, znakomitym i bardzo energetycznym tracku „Rodney Mullen” Blef nawija: głód mikrofonu, mam powód, wydłużam termin przydatności znowu, nie są to słowa bez pokrycia. Ten głód słychać od pierwszych sekund „Przesunięć” aż do ostatnich wersów na tej EP-ce. Słychać też, że warszawiak wciąż ma do opowiedzenia sporo życiowych historii, a że – jak już wspominałem – talent do pisania wciągających wersów miał od zawsze, słucha się ich z zapartym tchem.

Warto też zwrócić uwagę na produkcję na tym albumie. Śmiem twierdzić, że na niczyich bitach Blef nie brzmiał dotąd tak dobrze jak na podkładach, który wysmażył Andrzej „Fonai” Pieszak. Jest nowocześnie, mocno elektronicznie, czasem wręcz house’owo, a czasem bardziej sythpopowo. Zawsze jednak na bardzo wysokim, by nie powiedzieć światowym poziomie.

Od ubiegłorocznego „Patrzę, obserwuję” Kedyfa nie było albumu, z którym w równym stopniu mógłbym się utożsamiać. Co prawda nie mam czwórki dzieci, ale z racji tego, że jesteśmy z Emilem w podobnym wieku, doświadczenia, o których rapuje choćby w „KO”, emocje opisywane w „Crashtestach” czy sytuacje ze „Stories” są mi naprawdę bliskie. To rap dojrzałego, inteligentnego faceta. Rap, którego bardzo mi w dzisiejszej muzyce brakuje.

Nieważne, co było, zaczynam od zera
Liczy się tylko to, co słyszysz teraz
Już nie jest ważne, kto robił w pionierach
Biorę tę kartkę i zaczynam ścierać
Przeszłość ma swoją pojemność
Było minęło, czysta przyjemność
Lubię wyzwania, jeśli już pytasz
Wart jesteś tyle, ile ostatnia płyta

Skoro tak, to Blef wart jest naprawdę sporo. Dlatego mam ogromną nadzieję, że gdy już odrodził się jak przywoływana w pierwszym numerze na płycie legenda amerykańskiej deskorolki i pożegnał z odskulem, prezentując swoje zupełnie nowe, rapowe wcielenie, zostanie z nami na dłużej. Dziś bowiem raperów jego pokroju, czyli takich, którzy nie tylko wiedzą, jak nawijać, ale też potrafią przemycić w wersach naprawdę wartościową treść, jest już w naszym kraju garstka.

„Przesunięcia” to także album dobitnie udowadniający, że wcale nie potrzeba technicznych fajerwerków czy wokalnych wygibasów, by nagrać płytę, której słucha się znakomicie i do której chce się wracać. Panie Emilu, chapeau bas i prosimy o więcej.

Dodaj komentarz