Neofita Spring Breaka

Tegoroczny Enea Spring Break był moim festiwalowym debiutem w Poznaniu. I powiedzmy to jasno: debiutem bardzo udanym. Pytacie, dlaczego? Śpieszę z odpowiedzią.

Tak, jak moim ubiegłorocznym festiwalowym odkryciem był katowicki OFF, tak w tym roku konkurencji pod tym względem najprawdopodobniej nie będzie miał Enea Spring Break, na który w ostatni weekend kwietnia wybrałem się, wraz z szanowną małżonką, do Poznania. Ustalmy to już na początku, żeby nie było niedomówień: to znakomity festiwal i za rok na bank będę chciał do stolicy Wielkopolski pojechać znowu.

Przydałoby się jednak jakoś tę śmiałą tezę uzasadnić, czyż nie? Zacznijmy od tzw. wrażeń ogólnych.

Po pierwsze, bardzo mi podszedł showcase’owy charakter tego eventu. Dość krótkie, ograniczone sztywnymi ramami czasowymi występy (jeśli nie wyobrażasz sobie dobrego koncertu bez bisów, raczej nie spodoba ci się ta formuła), z jednej strony wymagają od artystów spięcia pośladów i wyciśnięcia w kilkadziesiąt minut ze swojej twórczości maksimum (z korzyścią, co oczywiste, dla publiczności, bo nie ma tu miejsca ani czasu na żadne zapychacze czy chwilowy spadek formy), z drugiej – pozwalają ci zaliczyć jednego wieczoru całkiem pokaźną liczbę gigów, od pierwszego do ostatniego kawałka. Co by nie być gołosłownym – w piątek miałem okazję i przyjemność zobaczyć w całości pięć wykonów, w sobotę cztery (spadkowa tendencja to jednak wyłącznie „zasługa” wyczerpania sił witalnych w mojej baterii).

Po drugie, poznaniacy umieją w logistykę i organizację. Serio, nie ma się do czego przyczepić. Koncerty rozplanowano na ponad 20 miejscówek, oddalonych od siebie w odległości krótkiego spaceru. A to wszystko w ścisłym centrum miasta. Domyślam się, że skoordynowanie tylu klubów nie należy do najłatwiejszych zadań, tym większy szacun, że można było z jednego występu na drugi przejść pieszo w kilkanaście minut, nie nadwyrężając przy tym zanadto swojej wydolności, którą można było potem spożytkować na przysłowiowe darcie japy pod sceną (dobra, nie znam żadnego przysłowia o darciu japy, więc językowi ortodoksi – do których na co dzień sam się zaliczam – mogą mnie teraz śmiało zjeść).

Po trzecie, brak tłumów. Okej, może nie do końca, bo na późno sobotnim koncercie Sidneya Polaka w Blue Note zdecydowanie nie było luźno, momentami wręcz obawiałem się, czy przypadkiem z tego ścisku i zaduchu nie zaliczę kompromitującego zasłabnięcia, ale generalnie – dało się spokojnie i we względnym komforcie większość występów obejrzeć. Że już nie wspomnę o cudownie kameralnym gigu Emila Blefa, który obserwowałem z pierwszego rzędu przy barierce (co nie zdarzyło mi się bodajże od wczesnych czasów młodzieńczych, gdy nad własną wygodę i troskę o życie przedkładałem niemalże namacalną bliskość ulubionego artysty). Ale o Blefie więcej za chwilę. Tymczasem, wracając do tłumów, a w zasadzie ich braku, miało to także inne, dość prozaiczne, aczkolwiek niezwykle istotne zalety – chyba wiecie co mam na myśli, po piwko i siku nie trzeba było stać w kilometrowych kolejkach (bywalcy Open’era co nieco o tym wiedzą;)).

Przechodząc od ogółu do szczegółu, czyli do tzw. highlightów Enea Spring Break 2019. Zacznijmy od piątku (brawo dla spostrzegawczych, którzy zdążyli wychwycić, że festiwal przecież zaczął się w czwartek – owszem, ale niestety z przyczyn natury zawodowej, mogłem do Poznania dotrzeć dopiero na weekend). Moja festiwalowa apka pękała tego dnia w szwach, jeśli chodzi o liczbę koncertów, które dodałem do ulubionych. Szans na zobaczenie choćby połowy z nich nie było absolutnie żadnych, dlatego postawiłem na kilka pewniaków, co do których byłem przekonany, że się nie zawiodę. No i się nie zawiodłem.

Rozpoczynający piątkowy maraton, króciutki, acz treściwy i bardzo przyjemny koncert Misi Furtak na Dziedzińcu Różanym zaostrzył tylko nasze apetyty (w sensie – mój i szanownej małżonki). Solidne show dali chłopaki z Afromental, przedpremierowo prezentując materiał z nadchodzącego albumu. Ci, którzy słyszeli i widzieli klip do „Odpowiedz”, wiedzą, że Tomson, Baron i spółka dość gwałtownie skręcili w rockową stronę, odżegnując się nieco od wcześniejszych dokonań, gdy frontmanem bandu był jeszcze Łozo. Na placu Wolności było mocno i energetycznie, nie licząc nieco kaznodziejskich przemów Tomsona między poszczególnymi numeru (tu jak ulał pasuje staroszkolne przesłanie Warszafskiego Deszczu, mówiące, że im więcej ruchów, a mniej pie*dolenia, tym lepiej). Ale generalnie, całokształt jak najbardziej na plus i po spring-breakowym występie jeszcze bardziej czekam na nową płytę Afro.

Z placu Wolności szybki transfer do Centrum Kultury Zamek, gdzie wydarzył się – z mojej perspektywy – najlepszy i najważniejszy koncert całego Spring Breaka. Jeśli regularnie czytacie tego bloga (a na pewno czytacie, bo jakżeby inaczej?!), wiecie, że bardzo przypadła mi do gustu wydana kilka tygodni temu EP-ka „Przesunięcia”, którą Emil Blef powrócił z muzycznych zaświatów. Dlatego punktualnie o 20.15 zameldowałem się pod sceną (jak już wspominałem – dosłownie pod samą sceną, bo ludzi była garstka). No i cóż więcej powiedzieć – to było znakomicie spożytkowane 30 minut. Emil dał z siebie naprawdę wszystko, emanował energią i czystą radością z możliwości zagrania swojego materiału na żywo, a te pozytywne wibracje przeniosły się na publikę, która bawiła się równie świetnie, jak nie lepiej, od samego rapera. Zjawiskowy występ.

fot. fotoaktywna.com

Po krótkim odpoczynku w hallu CK Zamek, wróciliśmy na Red Bull Music Stage, by posłuchać Sorry Boys. W tzw. międzyczasie na ten sam pomysł wpadło jakieś 100 razy więcej osób niż było na koncercie Emila Blefa, wskutek czego już tak komfortowych i kameralnych warunków do podziwiania występu nie było. Za to muzycznie – pierwsza klasa. Sorry, panowie, ale to pani Bela Komoszyńska gra tu pierwsze skrzypce i to jej cudowny wokal robi największą robotę. Tak czy siak, było znakomicie.

Piątkowy wieczór zakończyłem dość spektakularnie, wybierając się na koncert Rycha Pei z live bandem. Tak, tak, dobrze przeczytaliście – pan Ryszard wystąpił nie tylko ze swoim stałym towarzyszem Gandziorem, ale i z kilkoma przygrywającymi na żywo muzykami. Było to zaiste ciekawe doświadczenie, abstrahując nieco od faktu, że coś im tam nie pykło, jeśli chodzi o akustykę, bo wokal Pei przez dźwięki instrumentów nijak nie mógł się przebić. Co z kolei zaowocowało tym, że jeśli nie byłeś zagorzałym fanem, znającym wszystkie teksty Księcia Jeżyc, szanse na zrozumienie czegokolwiek poza refrenami były niewielkie. Ale i same refreny wystarczyły do dobrej zabawy, bo powiedzcie sami – jak tu się bawić źle, gdy ze sceny słychać, że jest jedna rzecz, dla której warto żyć albo, że to mój rap, to moja rzeczywistość.

Sobota w aż tak radykalne wrażenia nie obfitowała (może poza wspominanym już przez ze mnie koncertem Sidneya Polaka, którego radykalizm nie wynikał jednakże z wydarzeń na scenie, a raczej z mocno ograniczonych zasobów powietrza i przestrzeni w klubie), ale nudy – broń boże – nie było.

Świetny, ale to naprawdę świetny, roztańczony i bardzo energetyzujący koncert zagrało na placu Wolności The Dumplings, a Justyna Święs po raz kolejny udowodniła, że jest jedną z najbardziej utalentowanych wokalistek w kraju. Nieco spokojniej, za to bardziej melancholijnie było w trakcie występu Meli Koteluk, z którego co prawda wyszliśmy dobrą chwilę przed końcem, ale powód mieliśmy naprawdę ważki.

Tym powodem był niejaki Wojciech Sokół, który po wydaniu swojego pierwszego (tak, pierwszego!) solowego – i podkreślmy to dobitnie: znakomitego – albumu, ruszył w trasę i regularnie wyprzedaje wszystkie koncerty. Również i z tej przyczyny występ na Spring Breaku był punktem obowiązkowym i absolutnie nienegocjowalnym. Wojtek zagrał bardzo przekrojowo – od klasyków z WWO, przez numery z Marysią Starostą, po kawałki z najnowszego wydawnictwa, a cały występ świetnie uzupełniały puszczane w tle filmiki i wizualizacje. Co tu dużo gadać: Sokół to profesjonalista pełną gębą, który doskonale wie, jak rozruszać publikę. Nawet taką jak na Spring Breaku, czyli nieco mniej wyrobioną hip-hopowo. Klasa sama w sobie. Brawo.

Po krótkim odpoczynku, sobotę, a zarazem cały festiwal, zakończyłem przywoływanym już tu koncertem Sidneya Polaka. Spuszczając zasłonę milczenia na warunki bytowe panujące w Blue Note, sam występ warszawiaka należy zaliczyć do udanych, choć porywając się na zarapowanie zwrotki Pezeta w „Otwieram wino” Sidney jednak nieco przeszarżował.

Słowem podsumowania: chociaż lista artystów, których nie udało mi się zobaczyć jest dłuższa od spisu zaliczonych koncertów, festiwal Enea Spring Break 2019 spełnił moje oczekiwania z nawiązką. Bawiłem się przednio, a ogólne wrażenie jest na tyle dobre, że z pełnym przekonaniem mogę rzucić: Poznań, widzimy się za rok!

Dodaj komentarz