Miło jest mieć rację, prawda?

Niedawno prognozowałem, że zarówno Jan-rapowanie z Nocnym, jak i W.E.N.A. na swoich nowych albumach narobią sporego zamieszania. A teraz, bez fałszywej skromności, mogę śmiało stwierdzić: a nie mówiłem?

Czytaliście mój wpis z początku roku, w którym wieszczyłem, kto w 2019 – kolokwialnie rzecz ujmując – pozamiata? Jeśli nie, to szybciutko sprawdźcie ten tekst, a potem wracajcie tutaj. Już? No to lecimy.

O Sokole nie ma co w ogóle się rozpisywać, bo jak już dowodziłem, srogo swoim albumem przyszefował i będę bardzo zdziwiony, jeśli ktokolwiek (mam na myśli nasze rapowe podwórko) nagra w tym roku lepszy, dojrzalszy, bardziej dopracowany, przemyślany i intrygujący krążek.

Schafter z kolei na razie milczy, jeśli chodzi o nowy materiał sygnowany jego ksywką (choć hip-hopowe wróbelki ćwierkają o wspólnym projekcie z Taco Hemingwayem, co – wziąwszy pod uwagę, że obaj panowie mają tego samego menedżera i opiekuje się nimi ta sama wytwórnia – wcale nie byłoby aż takim zaskoczeniem).

W tym roku ten młokos jak na razie gościnnie pojawił się tylko u Otsochodzi, gdzie dość dobitnie pokazał, jak spory potencjał w nim drzemie. A dodajmy, że dzielił track nie tylko z Młodym Janem, ale też z samym Mesem, więc łatwego zadania, jeśli chodzi o zabłyśnięcie, wcale nie miał.

Pozostali dwaj bohaterowie przytoczonego na samym początku tekstu wydali swoje longplaye w marcu, a obie premiery dzielił ledwie tydzień. I cóż, krótko mówiąc: fajnie jest mieć rację. Bo oba albumy w 100% spełniły nadzieje, jakie w nich pokładałem i są – obok wspomnianego LP Sokoła, a także „Widma” od chłopaków z PRO8L3M-u – najmocniejszymi pozycjami, które – jak do tej pory – w 2019 roku ujrzały światło dzienne.

Trzymając się chronologicznego porządku, zacznijmy od drugiego wspólnego projektu Jana-rapowanie i Nocnego. „Plansze” to płyta z gatunku tych, do których poczułem – że też posłużę się nieco wyświechtanym zwrotem – miętę od pierwszy dźwięków. Już ubiegłoroczna „NOCNA ZMjANA” była bardzo interesującym wydawnictwem, dość jasno sygnalizującym spore możliwości zarówno młodego MC, jak i nieco starszego od niego (wnioskując po aparycji, bo przyznam szczerze, że nie doszukałem się informacji o dokładnym wieku) bitmejkera. Drugie dzieło tego duetu jest jeszcze ciekawsze, bardziej dopracowane i po prostu lepsze. Tak jeśli chodzi o rap, jak i o produkcję.

Są tacy raperzy, których nawijki słucha się jak opowieści kumpla z osiedla. Czyli zero przewózki, normalna gadka na ławce o normalnych sprawach, jednak podana w tak ciekawy, niebanalny sposób, że ciężko się od niej oderwać, a gdy kumpel kończy, prosisz go, by przewinął ci te swoje życiowe historie raz jeszcze. Tak miałem dobrą dekadę z hakiem temu, gdy słuchałem Smarki Smarka, podobnie – w ostatnich latach – z Bonsonem czy Kedyfem, tak mam teraz z Jankiem.

I zupełnie nie przeszkadza mi znaczna różnica wieku między nami. To pewnie dlatego, że krakowski MC jest nad wyraz dojrzały (zwłaszcza, gdy zestawimy go z innymi, rapującymi po polsku rówieśnikami), a z jego tekstów bije często smutek czy gorycz, które zwykle słychać w wersach dużo starszych kolegów po fachu. Ja taki słodko-gorzki, mocno refleksyjny rap bardzo lubię, trafia do mnie i chętnie do tego typu kawałków wracam.

Zwłaszcza, że na „Planszach” mamy jeszcze na dokładkę naprawdę świeże, intrygujące i dość mało hip-hopowe (w klasycznym rozumieniu) bity. Nocny pełnymi garściami czerpie ze współczesnej elektroniki, nie boi się eksperymentować z tempem, a jego pulsujące, często wręcz klubowe produkcje świetnie uzupełniają się z nawijką Janka. Przy tego typu tandemach często nadużywa się pojęcia mitycznej „chemii” między raperem a producentem. Tu jednak ewidentnie iskrzy między oboma panami, a efekty tego iskrzenia są więcej niż zadowalające.

Jak już wspominałem na fanpage’u, to z pewnością nie będzie najbardziej ambitny czy najmocniej przekminiony album w polskim rapie anno Domini 2019, ale już jeśli chodzi o wydawnictwa sprawiające słuchaczom największą frajdę i przyjemność czy cechujące się najwyższym repeat value, czołówkę „Plansze” mają jak w banku. Przynajmniej w moim prywatnym rankingu. Po prostu świetna płyta.

W.E.N.A. to z kolei gość, z którym pewnie trudno byłoby mi się zakumplować. Mogę się mylić, ale sprawia wrażenie dość wyniosłego i narcystycznego gościa ze sporej wielkości ego, natomiast jest tak ku*ewsko dobrym raperem, że słucham go z wielką przyjemnością, nawet jeśli po raz 10. rapuje o tym samym. Uwielbiam MC’s z tą charyzmą i sku*wysyństwem w głosie, zwłaszcza, jeśli idzie to w parze z technicznymi skillami i pewnie płynącym flow. Wudoe to wszystko ma i obiektywnie patrząc, to wciąż jeden z najlepszych graczy w tym kraju.

Od kilku lat, a dokładniej od wydanych w 2015 roku „Monochromów”, które niezmiennie są jedną z moich ulubionych płyt w polskim hip-hopie, forma warszawiaka zwyżkuje i w zasadzie nie zdarzają mu się wpadki. Taką wpadką w żadnym wypadku nie jest też album „Montana Max” (dla niewtajemniczonych – tytuł nawiązuje do dawnego pseudonimu Wudoe, z czasów, gdy ten równie często co po mikrofon, sięgał po puszki z farbą).

Co prawda teksty nie ociekają już tak emocjami jak na „Niepamięci”, a tematyka kawałków jest nieco lżejsza (słychać po prostu, że W.E.N.A. znajduje sie już w trochę innym, pewnie sporo szczęśliwszym momencie życia), ale i w bardziej laidbackowym wydaniu, jak choćby w „Palermo”, rap Wudoe wchodzi znakomicie.

Serio, zupełnie nie przeszkadza mi na tym albumie to, że W.E.N.A. nie odkrywa tu – w warstwie tekstowej – Ameryki i nawija trochę o swojej dziewczynie, trochę o jaraniu, trochę o osiedlu, a trochę o samym rapie. Robi to jednak tak stylowo i na tak świetnych bitach, że w zasadzie nie potrzebuję do szczęścia nic więcej. Głowa sama się buja, a ty łapiesz się na tym, że próbujesz lecieć wersy wspólnie z MC. A czy czasem nie o to przede wszystkim chodzi w rapie?

Przyjmuję do wiadomości, że kogoś teksty Wudoe mogą nudzić albo, że nie chce mu się słuchać historii, które już widział na Instagramie. Natomiast absolutnie nie przyjmuję do wiadomości, że można uznawać go za kiepskiego, wypalonego rapera. Nie, ten gość nadal ma wystarczająco dużo werwy, by rozstawiać konkurencję po kątach i wciąż potrafi rozpalić mikrofon do czerwoności. Dlatego powtórzę raz jeszcze: „Montana Max” to – cytując klasyczny wers Płomienia 81 – po prostu dobra płyta na dobrych, ku*wa, bitach.

Aha, skoro już jesteśmy przy bitach, to nie mogę nie ukłonić się w pas Kudlowi, który wysmażył absolutnie cudowny podkład do jednego z numerów. Dawno nie słyszałem równie pięknej produkcji w rodzimym rapie. Handluj z tym.

Dodaj komentarz