Mes nie został dresiarzem. Został artystą przez duże A

Ten Typ Mes - Trzeba było zostać dresiarzemPo singlach byłem pełen obaw. Najpierw dostaliśmy świetne, na wskroś rapowe „Trze’a było” (moja pierwsza myśl po odsłuchu to coś jak „zrobiłeś to, zuchu!”). „Janusz Andrzej Nowak” już tak dobrze nie siadł, „LOVEYOURLIFE” sprawiło, że przez kilka dni sam nie wiedziałem, co sądzić o tym numerze, po „Tul petardę” pomyślałem: to już za daleki odlot, a „Głupia, spięta dresiara” wleciała jednym i wyleciała drugim uchem.

Na szczęście od dawna unikam wyrabiania sobie opinii o albumie po odsłuchu pojedynczych utworów.  Bo „Trzeba było zostać dresiarzem” koniecznie trze’a słuchać w całości. Wtedy wszystko się zgadza, przy „LOVEYOURLIFE” zacząłem nawet sobie podśpiewywać, a i „Tul petardę” po czasie się wkręciło. Na dodatek, dobierając single, Mes zagrał słuchaczom na nosie, bo okazuje się, że większość kawałków na płycie jest zdecydowanie łatwiejsza w odbiorze.

Paradoksalnie, choć to najmniej hip-hopowy (w klasycznym rozumieniu tego pojęcia) album Typa, muzycznie jest bardzo rapowo. Ale nie, że podkłady są na jedno kopyto, bardziej to brzmieniowy przelot przez wszystko, co najlepsze w tym gatunku.

Miłośnicy złotej ery będą zachwyceni przesiąkniętymi Nowym Jorkiem produkcjami, które wysmażył Bonny Larmes (szkoda, że tylko dwoma, bo gość ma ogromny potencjał), fanów eksperymentalnych wygrzewek zaskoczy wwiercającym się w głowę i przyprawiającym o ciarki bitem L.A. z duetu Whitehouse (dotąd zupełnie niekojarzony z podobnymi brzmieniami), chwilę wytchnienia dadzą ciepłe, kalifornijskie dźwięki autorstwa Głośnego czy Stony.

Szogun kolejny raz udowadnia, że jest szefem, który odnajdzie się w każdej stylistyce jednocześnie nie tracąc charakterystycznego stylu (który bez trudu rozpoznamy i bez obowiązkowej wstawki „ko-ko-kolejna produkcja…”). Swoje trzy grosze dorzucili nieschodzący poniżej stałego, wysokiego poziomu SoDrumatic (choć tutaj – przeciwnie niż na innych albumach – już tak nie bryluje), Sherlock i Qciek.

Najjaśniej błyszczy jednak DJ Eprom (znany też jako Sztigar Bonko), który do „Oni wciąż biegają” wysmażył bit będący – jak nazwał to w jednym z wywiadów sam Mes – miksem brzmienia A Tribe Called Quest z Outkastem. Cud, miód i orzeszki. Zresztą Eprom to jeden z najzdolniejszych (co udowadnia choćby na ubiegłorocznej płycie Sariusa czy solowym „Jo Sznupia”), a jednocześnie najbardziej niedocenianych rodzimych bitmejkerów.

Dobra, wróćmy do gospodarza. O flow nie ma co pisać, bo to klasa światowa. Nie ma u nas drugiego gościa o takiej skali możliwości i wachlarzu umiejętności. We wspomnianym „Oni wciąż biegają” Piotrek pokazuje, jak się przyśpiesza, morderczym flow w „Nudzie” rozstawia konkurencję po kątach, a coraz lepszym śpiewem (w zasadzie po prostu już dobrym) zawstydza VNM’a i zaczyna deptać po piętach Tomsonowi.

Tematy – zgodnie z zapowiedzią Piotrka – rzeczywiście są proste. By nie powiedzieć błahe. Jakkolwiek świetnymi, kapitalnie zarapowanymi kawałkami są choćby „Ikarusałka” (oda do sztandarowego dzieła węgierskiej myśli motoryzacyjnej), „Wyjdź z czołgu” (ciepła ballada o taksówkarzach), „Oni wciąż biegają” (będzie beef ze Stasiakiem?;)) czy „Będę na działce” (tytuł mówi sam za siebie), to jednak brakuje trochę „mięsa”.

Zaliczam się do tych słuchaczy Mesa, którzy mają „głód autobiografii” i dlatego z poprzednich krążków najbardziej utkwiły mi w głowie przejmujące, osobiste „Witaj, śmierci!”, „25”, „Smak życia”, „Otwarcie”, „Zamknięcie” czy „Happy Home”. Na „Trzeba było zostać dresiarzem” tego typu kawałków jest niewiele („W autobusie z cmentarza” czy „ESC”).

Jest za to sporo innych rzeczy. Oprócz pełnego sympatii wytykania narodowych przywar Polaków, są też celne obserwacje socjologiczne („Nie skumasz jak to jest”), zgrabne storytellingi („Ochroniarz Patryk” ze smaczkami w postaci follow-upów do Notoriousa B.I.G. i Jaya Z) i wirtuozerska zabawa formą (wspomniana już „Nuda”). Technicznie poskładane jest to kapitalnie, w tekstach słychać felietonistyczne zacięcie Mesa, a że intymnych opowieści jest tu mniej… No cóż, albo Piotrek wyrzucił już z siebie na poprzednich płytach wszystko, co mu leżało na wątrobie, albo po prostu stwierdził, że dość już tego lirycznego ekshibicjonizmu i czas na nieco lżejszą tematykę.

Słowo o gościach. Jeśli chodzi o tych z rapowego półświatka, to takowych brak, poza bonusowym trackiem z Peją, gdzie poznaniak dał jedną z najlepszych zwrotek w całej (!) swojej karierze, a towarzystwo Mesa wyzwoliło w nim nawet chęć poeksperymentowania z flow. Efekt wyszedł nadspodziewanie dobrze.

Wokaliści z zupełnie różnych muzycznych światów (od legendy sceny niezależnej Olafa Deriglasoffa po jazzową ikonę w postaci Andrzeja Dąbrowskiego) spisali się bez zarzutu, a najciekawiej wypadł z nich Skubas i (uwaga!) lektor Piotr Borowiec, który idealnie wkomponował się w klimat „Ikarusałki”. Instrumentaliści: przygrywający na trąbce imiennik Mesa, puzonista Michał Tomaszczyk czy klawiszowiec Zbigniew Jakubek dodali bitom sporo oddechu i przestrzeni.

„Trzeba było zostać dresiarzem” to najbardziej dopieszczona płyta Typa – każdy dźwięk i  każde słowo znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno, a na przypadek nie ma tu miejsca.

Mes już dawno przestał się mieścić w szufladce z napisem „hip-hop”, a tą płytą dobitnie udowadnia tylko, jak spora różnica dzieli go od reszty polskich raperów. I mam tu na myśli nie tylko warsztat (choć i pod tym względem dystans między nim a goniącym go peletonem sukcesywnie się zwiększa). Chodzi bardziej o otwartą na eksperymenty głowę, skłonność do łączenia nieprzystających na pierwszy rzut ucha do siebie gatunków i zupełnie niehiphopową wrażliwość muzyczną. Krótko: to już artysta pełną gębą.

Ten Typ Mes „Trzeba było zostać dresiarzem” Alkopoligamia 2014

Dodaj komentarz