Pierwsze dwa miesiące 2021 roku – mówiąc dość oględnie – nie rozpieszczały poziomem rodzimych wydawnictw. Drgnęło dopiero w marcu, gdy wyszło kilka płyt, które na dłużej przykuły moją uwagę i przywróciły nadzieję, że może jeszcze nie jestem za stary, by jarać się polskim rapem.

Wieczorami, gdy ulice powoli pustoszeją, lubię jeździć po mieście autem. Bez konkretnego celu, po prostu żeby przewietrzyć głowę i zebrać myśli. I po to, żeby posłuchać muzyki. Zanurzyć w hipnotycznych bitach, skupić na warstwie tekstowej czy dać się ponieść melodii wciskając mocniej gaz. Taki mój sposób na odreagowanie po ciężkim dniu czy reset po stresującym tygodniu.

Podczas którejś z takich przejażdżek zacząłem podejrzewać, że wyrosłem z polskiego rapu. Raz, że z głośników słychać było anglojęzyczną nawijkę (z naciskiem na „anglo”, bo znów jestem w fazie ostrej wkrętki w brzmienia z UK, a świetnych płyt z Wysp Brytyjskich wyszło w ostatnich miesiącach w bród; slowthai, Digga D, Ghetts, Norf Face, Ard Adz czy Central Cee – by wymienić tylko artystów, którzy wydali muzykę już w 2021 roku). A dwa, że co sięgałem po nowe wydawnictwo z rodzimej sceny, bardzo szybko znięchęcałem się i wracałem do zagranicznych albumów.

Kilka tygodni temu w końcu coś drgnęło. Jeszcze nie za sprawą „Rewolucji Romantycznej” Bedoesa i Lanka (choć krakowski producent potwierdził tu swój status jednego z najciekawszych, o ile nie najciekawszego obecnie bitmejkera w kraju), jeszcze nie za sprawą „Różowej Pantery” (to bardzo nierówna płyta, ale Szpaku ma momenty sygnalizujące, że to wciąż jedna z najbardziej nietuzinkowych postaci nowej fali).

Przełom przyszedł w marcu. Najpierw na dłużej w moim samochodzie zagościł Frosti, który co prawda całkowicie zmienił image, ale nie stracił tego, za co cenię go najbardziej. Czyli charyzmy i tej wiarygodności na mikrofonie, która sprawia, że niezależnie, czy nawija swoje 160 wersów jeszcze jako lekko zapuszczony gość w dresowej bluzie, czy już jako wystylizowany bad boy w modnych ciuchach i z modną fryzurą, to po prostu mu wierzysz, bo takiego sku*wysyństwa i pazura w głosie wystylizować się nie da. Masz to albo nie masz. Proste. Dlatego „Albert Trapstein” dudnił u mnie w furze jak zły.

Potem już poszło. Koniec ubiegłego miesiąca to przynajmniej kilka płyt, których przeoczyć nie można. Mielzky, którego – uczciwie przyznaję – wielkim fanem nie byłem nigdy, choć zawsze doceniałem skille i wierność trueschoolowej drodze, wrócił z przeokrutnie mocnym, szczerym do bólu i autoterapeutycznym „Do wesela się zagoi”. Absolutna życiówka Mielona i jeden z poważniejszych kandydatów do płyty roku. Jest naprawdę wysoko, a „Złoty pałac” to jeden z najbardziej przejmujących tracków, jakie słyszałem w ostatnim czasie.

O ile jednak po Grubym Mielzkym można było spodziewać się bardzo dobrego longplaya, to z kolei absolutnie zaskoczył mnie Miszel. Przed premierą „W stronę światła” nie był dla mnie graczem zupełnie anonimowym, ale też nie wiązałem z premierą jego debiutanckiego albumu specjalnie dużych oczekiwań. Ot, kolejny młody gniewny, pewnie sprawdzę, ale nie zostanę na dłużej. A tu proszę.

Nie wiem, czy to owoc mojego zamiłowania do wyspiarskich wygrzewek, o czym pisałem na początku, czy zmęczenie brzmiącymi w zasadzie tak samo kolejnymi rookies na polskiej scenie, ale tu od pierwszego odsłuchu siadło wszystko. Okazało się, że da się robić UK drill po polsku, nie ocierając się przy tym o śmieszność, że da się nawijać inaczej niż wszyscy, umiejętnie przechodząc od krzyku do podśpiewywania, że da się, nie wywołując ciarek żenady, wplatać anglojęzyczne wstawki w wersy. A że to wszystko dzieje się na bitach brzmiących dokładnie tak, jak gdyby powstały w piwnicy w północnym Londynie, katowicki raper z miejsca trafił do topki moich muzycznych odkryć ostatnich miesięcy.

Dodajmy do tego następne udane wydawnictwo Kuby Knapa, który nie zwykł schodzić poniżej adekwatnego do swojego wzrostu poziomu, kolejny ciekawy materiał Kukona, do którego coraz bardziej się przekonuję czy wreszcie nowy album chłopaków z PRO8L3M-u, którzy mimo ostatnich wahań formy wciąż są instytucją na naszej scenie i po prostu nie wypada nie sprawdzić, co nagrali (zwłaszcza, że na ich quasi-mikstejpowym „Fight Clubie” usłyszymy niespotykane wcześniej na albumach tego duetu spektrum muzycznych osobistości – od Moniki Brodki i Dawida Podsiadły, przez Pezeta, Piha i Sokoła, na Młodym Dronie i CatchUpie kończąc). Wygląda więc na to, że polski rap powoli budzi się z zimowego letargu. Wreszcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *