S jak Sokół. S jak szef

Trochę mistrz Yoda, trochę don Vito Corleone. Słuchając go z jednej strony jesteś pod wrażeniem wypływającej z tekstów życiowej mądrości i bogatego bagażu doświadczeń, z drugiej – wiesz, że ten gość, rapujący kolejne wersy spokojnym, zimnokrwistym flow, nie żartuje. I że nie musi podnosić głosu czy uciekać się do gróźb, by zyskać posłuch i respekt.

Umówmy się, Sokół umie w marketing nie od dziś. I nie chodzi tu tylko o marketing muzyczny, ale generalnie o marketing produktu. W końcu z jakiegoś powodu magazyn „Brief” umieścił go w kilka lat temu w całkiem prestiżowym rankingu „50 najbardziej kreatywnych w biznesie”. I tym powodem nie była bynajmniej jego działalność na scenie, a raczej około hip-hopowowe aktywności, z uczynieniem z Prosto czołowego, streetwearowego brandu w Polsce na czele.

Dlatego zupełnie nie dziwi mnie, że i promocja jego pierwszego (sic!), wydanego po 20 latach obecności na scenie, solowego albumu, zatytułowanego po prostu „Wojtek Sokół”, odbywa się wedle przemyślanej i niebanalnej strategii. Szczytem tej niebanalności było „listening party”, zorganizowane w dniu premiery. Wyobraźcie sobie kolumnę 10 czarnych Range Roverów, krążącą nocą po Warszawie, w trakcie – nomen omen – szczytu bliskowschodniego w stolicy. Tak, to właśnie w tych furach zaproszeni ludzie „z branży” i dziennikarze muzyczni mieli okazję posłuchać numerów z albumu. A potem zostali zaproszeni na drinki, które nazwano tytułami utworów z płyty. Przyznacie, dość interesujące zagranie.

Marketing marketingiem, promocja promocją, ale i tak najważniejsza na końcu jest zawsze sama muzyka. Przynajmniej dla mnie. A o tym, jakim Sokół jest szefem, jeśli chodzi o polski rap i jakim szacunkiem cieszy się wśród słuchaczy, najdobitniej świadczy fakt, że płyta pokryła się złotem już w preorderze, jeszcze zanim poznaliśmy jej tytuł, okładkę, tracklistę czy pierwszy singiel.

Ktoś powie: no tak, ale to przecież żywa legenda, jeden z pionierów, ten gość od WWO i „W aucie”. Okej, ale z drugiej strony, ostatni longplay (nie licząc nagranych z Hadesem i Sampler Orchestra interpretacji wierszy Różewicza) dostaliśmy od niego w 2013 roku. Co, biorąc pod uwagę szybkość, z jaką zmieniają się gusta odbiorców i liczbę pojawiających się każdego roku nowych „gwiazd” na rodzimej scenie, jest wiecznością.

Nie wiem, czy jest w tym kraju inny raper, który po tak długim okresie milczenia nie popadłby w totalne zapomnienie, a wręcz przeciwnie – sprawił, że jego krążek był wyczekiwany z ogromną niecierpliwością i podekscytowaniem. I nie mam tu na myśli tylko fanów, ale też i samych raperów, zastawiających się, czy Narrator przeskoczy zawieszoną na niebotycznym poziomie poprzeczkę oczekiwań. Ukróćmy wszelkie spekulacje: tak, przeskoczył.

Niezmiernie rzadko zdarzają się bowiem albumy, w których nie przeszkadza ci absolutnie nic. Które porywają cię od pierwszej do ostatniej minuty, nie nużą ani przez moment i na których trafiony w punkt jest każdy bit, każda zwrotka, każdy refren i każdy featuring. Wiem, co mówię. Przez ostatni tydzień z hakiem słuchałem w samochodzie tej płyty na okrągło – wciąż mi się nie znudziła i wciąż nie znalazłem na niej słabszego fragmentu.

Przy całym szacunku dla producentów, którzy odwalili kawał naprawdę porządnej roboty (ze szczególnym naciskiem na bity autorstwa Bartosza Kruczyńskiego, Magiery, Du:ita i Steeza) i zaproszonych gości (zwłaszcza zwracam uwagę na genialne refreny wokalistów – Mateusza Krautwursta, Igo, Leny Osińskiej, a nawet – na pozór zupełnie niepasującego do reszty – Marcina Pyszory), największym atutem jest tu sam gospodarz.

Sokół nie zatracił nic ze zmysłu wnikliwego obserwatora codzienności, potrafiącego malować słowami niezwykle plastyczne obrazy. Przecież takie „Lepiej jak jest lepiej” to ten sam poziom (o ile nie wyższy) wspominkowej wirtuozerii, jak wówczas, gdy na płycie u Waco, Wojtek nawijał o kierowcy Ikarusa z wyklejonymi smerfnymi literkami „Bogdan 607”. Podobnie rzecz się ma z wciągającymi storytellingami (na tym polu warszawiak jest niezagrożonym detronizacją królem od czasu pamiętnego, ikonicznego „Każdy ponad każdym”) – taki „Koniec gatunku” czy „Napad na bankiet” to pułap, jakiego, jeśli chodzi o opowiadanie historii, w tym kraju nie osiągnął nikt inny.

Żeby była jasność – Wojtek S. bynajmniej nie chowa się na swoim solowym debiucie za scenkami rodzajowymi czy intrygującymi historyjkami. Przeciwnie, odkrywa się przed swoimi słuchaczami jak bodaj jeszcze nigdy wcześniej. Mocno jest już w otwierającej krążek „Hybrydzie”, gdzie padają wersy pokroju:

Nic nie musiałem dostawać, wszystko zabrało mi życie, kleisz?
Była solidna zabawa, trwało sekundę, wyszedłem sobie z podziemi
Chuj mnie obchodzą ekipy, które nie mają szacunku do mojej historii
Wyszedłem z ogromnej lipy, spałem na klatkach, weź se to kurwa przypomnij
Nie powąchałem tu hajsu po dziadkach, po śmierci ojca – nawet zegarka
Nie trzeba mi 500+ wsadzać do garnka, wszystko co miałem, to kartka

Po początkowym trzęsieniu ziemi, zgodnie z hitchcockowską maksymą, potem napięcie stale rośnie. Niezależnie, czy Sokół opowiada o naznaczonym wyrzutami sumienia one night standzie w poruszającej „Pomyłce”, ze wspaniale wkomponowanym wokalem Andrzeja Zauchy, czy też daje prztyczka w nos nowofalowym raperom w „Pluszowym”, trafnie podsumowując w refrenie:

I znowu wyszło tak, że chyba smutno piszę
Cyce, cyce, cyce, zwróć uwagę na muzykę
I nagle nie pasuję tu, bo nie chcę błyszczeć
Gubisz brokat, przymknij tornister
Nie będę grał jak wszyscy, to żenada
To był rap, nie jebana maskarada
Mam 40 lat, jestem mężczyzną
Nowy hip-hop to pluszowy człowiek z blizną

Nie ma zmiłuj również, gdy Wojtek bierze na tapet swój wieloletni, zakończony już związek z Marysią Starostą. Odpalcie „Za ręce” i spróbujcie mi wmówić, że nie mieliście ciarek, słuchając poniższych linijek. Jak to mawiają Amerykanie, no fuckin’ way.

Zwierzęta ufnie wybiegają do mnie zza latarni
Nasze zapachy są już identyczne nawet dla nich
I patrzą na mnie smutne, nie rozumiejąc za nic
Czemu to ja, nie ty i czemu ich nagle nie karmisz
Smutek ludzi jest najczęściej okupiony łzami
Smutek zwierząt ciszą i tak chyba było z nami
Byliśmy przeszkodami, nawzajem, dwa bieguny
Raj był piekłem, piekło – rajem. Betonowe chmury
I zamiast ciszy końca teraz krzyczą tłumy
Wieczne światło słońca i nieskazitelny umysł
Tak jak Carrey wymazuje i się nie udaje
I czemu trzymasz mnie za ręce i wciąż nie przestajesz?

Żeby nie było, że na krążku tylko smutek, brud i wkurwienie. Skądże znowu. Tę jaśniejszą stronę duszy warszawiaka poznajemy choćby w „Z Tobą”. To lovesong, ale daleki od sztampowych lovesongów, jakich w historii polskiego rapu było na pęczki. Raczej nie znajdziemy innego MC, który potrafiłby wyznać miłość w tak bezceremonialny, ale jednocześnie niezwykle kreatywny sposób:

Nawet jak zatykasz włosami prysznic, albo czekam wieczność
Nawet jak chowasz mi rzeczy tam, gdzie nikt nie znajdzie ich i sczezną
Dzwonisz jak robię z komórki przelew, jem lub piszę tekst, nieważne
Pysk wystawia z tylnych siedzeń pies, i jedzie z nami z wiatrem

Paradoksalnie, Sokół, czyli gość wywodzący się z najbardziej ortodoksyjnego, ulicznego nurtu w hip-hopie, dziś – spośród całej starej gwardii – najmniej przypomina klasycznego rapera. To twardo stąpający po ziemi, obyty w świecie, świetnie prosperujący biznesman, o znacznie szerszych horyzontach niż przewiduje hip-hopowy kanon. Interesuje się sztuką, designem, zwiedził najdalsze zakątki globu, ma sporo do powiedzenia na tematy zupełnie niezwiązane z muzyką.

Słuchając albo czytając wywiady z nim, masz nieodparte wrażenie, że mówi do ciebie dojrzały, zdystansowany do samego siebie i zwyczajnie mądry facet, a nie zadufany w sobie gwiazdor. A przecież, patrząc na dorobek, sukcesy czy obecną pozycję, miałby pełne prawo zadzierać nosa. I nikt nie powiedziałby mu w związku z tym złego słowa.

Przy tym całym oderwaniu od wizerunku stereotypowego rapera, gdy łapie za majka, to wciąż MC z krwi i kości, który życiową mądrość przekazuje z niewymuszonym, ulicznym sznytem, zgrabnie łącząc erudycję z hip-hopowym slangiem. I co najważniejsze, jest w tym na wskroś autentyczny, w jego słowach nie znajdziesz ani jednej fałszywej nuty. Ot, po prostu, wielowymiarowa, niezwykle barwna postać. Dziś w naszym rapowym grajdołku takich jednak ze świecą szukać.

Dodaj komentarz