Kedyf długo kazał czekać na swój kolejny album, bo – jak wiadomo – zawsze coś. Ale jak już wreszcie go wydał, to trafił nim najmocniej, jak się da. Po prostu posłuchajcie tej płyty.
Na początek mały disclaimer. Czyniąc pierwsze przymiarki do tego tekstu, jeszcze przed dokładnym wsłuchaniem się w nowy album Kedyfa i Cygi, miałem już w głowie pewien zarys leadu. Chciałem przemycić coś o „rapie dla boomerów” i „dla tęskniących za Smarki Smarkiem, mających w topie prywatnych klasyków Bity, rymy, weekend Starszego Brata i nie rozumiejących, o co cały ten szum wokół Maty”. A potem przesłuchałem Zawsze coś raz, przesłuchałem drugi i ochota do śmieszkowania mi przeszła. Bo choć to płyta bez dwóch zdań znakomita, niemniej ciężar emocjonalny jest tu tak duży, że rozprawiać o niej tonem pół-serio najzwyczajniej w świecie się nie da.
Trzy i pół roku temu o poprzednim wydawnictwie Kedyfa pisałem tak:
Gdybym miał określić „Patrzę, obserwuję” jednym słowem, powiedziałbym, że to album dojrzały. Albo raczej dorosły. Ale to nie dorosłość w wydaniu – niczego nie ujmując, bo też sieknął znakomity materiał – Pivota z jego poukładanym, wyrugowanym z kaców życiem rodzinnym, jakie poznajemy na „Tacie Hemingwayu”. To dorosłość niestroniącego od używek, targanego rozterkami i stresem trzydziestokilkulatka, który z jednej strony to – owszem – czuły ojciec („i gdy to wydał, to chyba już mąż”), ale z drugiej – gość, który wciąż potrzebuje w życiu solidnej dawki adrenaliny („uzależniam się chyba od skaczącego ciśnienia”), który nie wylewa za kołnierz (i każdego poranka sprawdza, czy „jest już szklaną”) i którego nie urządza codzienna, wyzuta z namiętności rutyna w związku („ja chcę oszaleć przy tobie, z tobą, nie z wódą”).
Na Zawsze coś Ked nadal uważnie patrzy i obserwuje, nadal nie wylewa za kołnierz, natomiast znacznie mniej tu słodko-gorzkich opowiastek o relacjach damsko-męskich (choć nadal są i nadal są celne, vide Przecież wiesz czy Gdzieś, gdzie uwierzysz mi), a dużo więcej utrzymanych w molowej tonacji refleksji srogo przeoranego przez życie gościa. Depresja, alkohol, poważne choroby, wreszcie śmierć. To nie jest album, który puścicie sobie w tle i przy którym będziecie podśpiewywać w refrenach (których notabene nie ma przesadnie wiele). To album, który chwyci Was za gardło, przyprawi o ciarki, a nawet wyciśnie łzy. Miejscami jest naprawdę cholernie smutno, a wręcz bywa w k***ę ciężko.
Bywa w kurwę ciężko, odchodzi mama,
przychodzi na świat dziecko, piękna sprawa.
Jednego dręczy przeszłość, drugiego niepokoi przyszłość,
oby tylko nie zobojętniało nam wszystko.
Nie pytaj mnie o target, lepiej zapytaj o content,
nie o to, czego pragnę, a o to, co osiągnę,
kiedy rozwinę żagle czy wolę dreptać lądem?
Nie pytaj Cygi o matkę, nie pytaj mnie o siostrę,
człowiek to ledwie fragment, gdy rodzina to już nie komplet.
To jeden z mocniejszych momentów tego LP, a waga wypowiadanych słów w połączeniu z pełnym emocji flow i przejmującym bitem zaszklą oczy każdemu, kto nie ma śmietnika zamiast serca. A jeśli już jesteśmy przy bitach, warto na chwilę zatrzymać się przy postaci, która odpowiada za produkcję całego albumu.
Dziękuję Cyga – w szoku, że to jednak zrobiliśmy, ale przede wszystkim, że złapaliśmy taką więź.
Te słowa z wpisu Kedyfa na FB w dniu premiery w zasadzie oddają sedno. Chemię na linii MC – producent czuć tu nie tylko w tym, jak świetnie Ked odnajduje się na nowoczesnych, przestrzennych bitach, ale też w tym, że kilkukrotnie ksywka Cygi przewija się w wersach. I to w wersach nie rzuconych ot tak, ale świadczących o prawdziwej nici porozumienia, jaka się tu zadziała.
Zrobimy chociaż raz coś, dwa depresyjne typy z jedną jazdą,
jednego ciągnie w las, drugiego wciągnie miasto,
dawaj, polewaj Cyga, bo w gębie zaschło.
Jak na złość, właśnie skończył się Castrol,
tak nazywam wódeczkę, by oszukać marskość,
czas na wycieczkę na stację, ino dziarsko.
Zaangażowanie do projektu tego producenta wymusiło też na Kedyfie progres w nawijce. Ked rapuje tu z biglem, wypluwa wersy pełne energii i emocji, a w Gościu leci tak, jakby rocznikowo bliżej mu było do wspomnianego już tu Maty niż kumpli z również wspominanego Starszego Brata. Jego flow siadało mi już od gościnki na Najebawszy EP i zwrotek na numerach macierzystego Smagalaz, ale tak dobrze słubicki MC nie nawijał bodajże nigdy.
Jednym słowem, Kedyf nadal dzik, choć dzik zraniony przez życie. Owszem, są tu nieco lżejsze, powiewające optymizmem numery (choćby laidbackowe Spokojnie, mamy czas czy opowiadający o blaskach i cieniach tacierzyństwa Witam Cię z każdym dniem), ale całość jest jednak mocno niepokojąca.
W rodzinie schizofrenia i rak, dla mnie już tylko alkoholizm i depresja.
Co to w ogóle za choroba, no jak, ty? Taki duży i nie radzi sobie z presją?
Pierdolenie, że się nie da, że ciągle pod wiatr, nie o to chodzi.
Po prostu czasem naprawdę zupełnie brak czegoś, by w samym sobie wzbudzić podziw.
Zresztą całe, zamykające album Nie wiem, nie umiem… to – bez cienia przesady – jeden z najbardziej poruszających kawałków, jakie słyszałem w polskim rapie. Ku*ewsko, dojmująco smutny. Zacytuję jeszcze jeden fragment:
Młody chory, antybiotyk jak cukierki, mam wrzucić na InstaStory, że wiozę się pomału?
Mamie naklejam plaster, żeby nie bolało, wszyscy życzą: niech nie cierpi, dla nas to zbyt mało.
A uśmiech to już tylko grymas, do lodowatych oczu jakby przymarzł.
A przynajmniej kiedyś ktoś tak stwierdził, sorry, nie da się ze mną już pośmiać ze śmierci.
I nawijam, że zawsze coś spieprzy się. I zabija mnie, kiedy patrzę na nią, jak czeka na śmie…
Jestem na poziomie szczerości, który zawstydza innych – nawijał Mes na Kandydatach na szaleńców. I z całym szacunkiem dla twórczości Piotrka, którą bardzo cenię, to jednak Kedyf w wyrażanym na majku emocjonalnym ekshibicjonizmie jest tu co najmniej o dwa szczeble wyżej. Nie wiem, czy to forma autoterapii, czy po prostu potrzeba wyrzucenia z siebie wszystkiego, co zalega w samym szpiku. Wiem za to, że dawno żadna płyta nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Choć wrażenie to chyba złe słowo. Raczej żadna płyta dawno nie poruszyła we mnie tylu czułych strun. A, jak wiadomo przynajmniej od czasów Lavoholics, bez emocji rapu nie ma.
I jeszcze jedno, już na sam koniec. Nie znam Kedyfa osobiście, wymieniliśmy kiedyś raptem kilka maili. Ale już po Patrzę, obserwuję uświadomiłem sobie, że jego rap trafia do mnie wyjątkowo mocno. A po Zawsze coś mam ochotę powiedzieć mu to, co on sam sugeruje swoim przyjaciołom w Outro:
Wiem, że zawsze coś, ale bierzesz k*rwa pie*dolony smartfon w łapę, dzwonisz, mówisz k*rwa, co jest i robimy wszystko, żeby było lepiej. Dzwoń.