Sokół urósł, wszedł na stół i sięgnął po klucz do hip-hopowego skarbca. Albumem NIC Wojtek Sosnowski – z charakterystyczną swadą i pewnością siebie – rozbił muzyczny bank i udowodnił, że po czterdziestce wciąż można nagrywać świeży, różnorodny i po prostu znakomity rap.
Zacznijmy od lekkiej dygresji. Piątek 19 listopada był dniem, w którym swoje premiery miały solowe albumy Tego Typa Mesa i Sokoła. Pierwszy z raperów to mój niegdysiejszy idol, którego twórczość przez wiele lat kupowałem w ciemno, nie akceptując nawet najmniejszej dawki krytyki na jej temat. Słowem, psychofan pełną gębą. Z kolei rapem drugiego przez długi czas specjalnie się nie ekscytowałem. Wiadomo, że pionier i legenda, że WWO to absolutna klasyka, że albumy z Marysią Starostą też trzymały bardzo wysoki poziom, ale to nigdy nie był do końca mój vibe.
Czyli teoretycznie, to na płytę Mesa powinienem czekać, przebierając niecierpliwie nogami, a krążek Sokoła wypadałoby sprawdzić, ale raczej z szacunku i dziennikarskiego obowiązku niż z prawdziwej zajawki. Otóż nic z tych rzeczy. Jak już tu kiedyś sygnalizowałem, z muzyką Typa mam od pewnego czasu problem, bo po prostu przestała wywoływać we mnie emocje.
Dalej to oczywiście – biorąc pod uwagę choćby warsztat techniczny i umiejętności wokalne – ścisła czołówka sceny, natomiast rap Piotrka odjechał drogą, którą z kolei zupełnie nie podążył mój gust. Dlatego Hello Baby wleciało jednym, wyleciało drugim uchem. Trochę szkoda, ale Mes nawijający o pieluchach to już jednak nie moja bajka.
Z Wojtkiem mam zgoła inaczej. Prawie trzy lata temu, recenzując jego pierwszy solowy album, nazwałem warszawiaka szefem. Sam byłem nieco zaskoczony, jak bardzo to wydawnictwo przypadło mi do gustu, niemniej dobrych kilkanaście godzin, podczas których CD nie opuszczało odtwarzacza w moim aucie, mówi samo za siebie. Ja fanem Sokoła? A i owszem.
Dlatego już na pierwszą zapowiedź następnego albumu założyciela Prosto (myślę o wydanym w lutym 2020 roku numerze Zorro) zareagowałem więcej niż entuzjastycznie. A kolejne single tylko zaostrzały apetyt – choćby takie Cześć (zresztą w teledysku Sokół wciela się – nomen omen – w szefa kuchni) ze świetną gościnną zwrotką Sariusa.
Potem było już tylko lepiej. Intrygujący Jednorożec, świetne Batoniki z Hodakiem, mocarne Płaczemy pięścią w stół, wreszcie – autentycznie wzruszające Jak urosnę z Fasolkami (tak, tymi Fasolkami). Zresztą, posłuchajcie tego w wersji live.
Na szczęście warszawski MC, jak na wytrawnego gracza przystało, najmocniejsze karty zatrzymał przy orderach. Singlowych kawałków rzeczywiście było bowiem sporo, ale ta część NIC, którą poznaliśmy dopiero wraz z premierą całego albumu, bynajmniej nie ustępowała wcześniej opublikowanym numerom.
Sokół to wciąż wybitny storyteller, co bezdyskusyjnie potwierdza choćby w Afterze. To nadal gość, który gdy nawija, to przed oczami masz obrazy (vide znakomite 52Hz). To MC, który w jednej chwili rozbawi cię anegdotyczną historyjką (Ty też), by zaraz zaserwować chwytające za gardło wersy, jak we Wkraczając w pustkę:
Znów jestem w tym punkcie
Skończyłem nagrywać tę płytę i zamiast tu poczuć tę ulgę
Ja nagle znów nie mam pomysłu na życie
Odwracam się przez ramię, tak jak kiedyś ściska w krtani
Confetti podeptane mieni się na pustej sali
Mam znów 13 lat, koniec wakacji, koniec z nami
Machasz przez tylną szybę, odjeżdżając w świat z rodzicami
Patrzę, stoję, jesteś coraz mniejszym punktem
Koniec, koniec, wkraczam w pustkę
Jasne, warszawianin nigdy nie był wirtuozem flow, ale jak słyszę te zarzuty o dukanie, to mnie krew zalewa. Nie każdy musi zapie*dalać jak Quebo na Płycie roku , czasem wystarczy odpowiednia barwa głosu, dobra dykcja i wyczucie rytmu, charyzma i magnetyzm, by wszystko płynęło jak należy.
A Wojtek to wszystko ma i na wysokiej jakości bitach producenckiego topu (muzykę na NIC wysmażyli m.in. Magiera, Lanek, Duit, Shuko, Bob Air czy Steez83) odnajduje się wyśmienicie. To nie są rzewne pianinka jak w ’98, to nowoczesne podkłady wymagające solidnej dawki wokalnych skilli, by się na nich nie wypie*dolić.
Mam wrażenie, że Sokół dopiero, gdy osiągnął naprawdę spory sukces w biznesie i przestał być na życiowym musiku, w pełni rozwinął artystyczne skrzydła, nabrał odpowiedniego dystansu, luzu i po prostu zaczął bawić się rapem. Muzycznie starzeje się najładniej spośród legend polskiego hip-hopu. I jak wino, wraz z upływem lat jest coraz lepszy. Kapitalny album, panie Wojtek.
PS. Aha, byłbym zapomniał. Gdybyście zastanawiali się, gdzie szukać najlepszego numeru tego roku i przy okazji najlepszego featuringu (chapeau bas, Que), służę pomocą:
Zdjęcie główne: P. Tarasewicz, CGM.PL