Fifi, jak mogłeś?!

Taco Hemingway "Szprycer"
fot. Asfalt Records

Dobra, jednak chujowe. Przesłuchałem 4 utwory, a jak usłyszałem „skrtttt”, to wyłączyłem. Gdzie jest stary Fifi :/

Nie w tę stronę Fifi. Nic nie przebije „Trójkąta Warszawskiego” i „Umowy o Dzieło” oczywiście.

Nooo pierwszy album znam na pamięć, ale to brzmi jak asłuchalne gówno wycelowane w dzieciarnię i gimbazę, wklejającą denne cytaty po angielsku na Fb… szkoda.

Wielką miłość mam do Ciebie, ale tutaj słyszę za dużo auto-tune, nie potrzebujesz tego. Wszystkie poprzednie Epki 100 razy lepsze, przepraszam.

Ej Fifi moja mama się na Ciebie obraziła i mówi, że robisz raperskie disco polo.

I tak w kółko. To, co powyżej, to pierwsze pięć komentarzy (oczywiście z poprawionymi przeze mnie literówkami, ortografią i interpunkcją – gimbaza gimbazą, ale porządek musi być), które wyświetliły mi się pod postem na fanpage’u Taco Hemingwaya z linkiem do najnowszej EP-ki „Szprycer”. Serio, kurwa?!

Bynajmniej nie zamierzam upierać się, że „Szprycer” to wybitne wydawnictwo. Ale o tym później. Chodzi o coś zupełnie innego. O twardogłowie fanbase’u Taco, który nijak nie potrafi zrozumieć, że gość może chcieć poeksperymentować, spróbować czegoś innego, zmienić stylistykę, po prostu – rozwijać się.

Pamiętam, jak po zeszłorocznym „Marmurze” przewijały się zarzuty, że Fifi znów nagrał taką samą pod względem brzmienia płytę, że jedzie na patencie, który sprawdził się na „Trójkącie Warszawskim”, że nie kombinuje z flow tylko cały czas rapuje w ten sam, dość monotonny sposób.

No to teraz Filip wykonał woltę i kombinuje z tempem, podśpiewuje, używa auto-tune’a, zmienia flow. I co? I lament, że raperskie disco polo. No nie mogę. To zresztą nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek, gdy na polskiego rapera wylewa się wiadro pomyj tylko dlatego, że śmiał zmienić nieco konwencję i pobawić się muzyką, odchodząc od swojej wcześniejszej stylówki.

Swego czasu oberwało się i Mesowi (gdy z klasycznego rapu odbił w stronę bardziej eklektycznych brzmień i zaczął próbować śpiewu), i Sokołowi („będę brał Cię, w aucie, ehe”), i Pezetowi (oj, jaki był płacz po „Muzyce Rozrywkowej”, że zamiast melancholijnych bitów Noona, są nowoczesne produkcje Szoguna). A jak się okazało, wszystkim wymienionym panom (a także całej rzeszy niewymienionych) eksperymenty wyszły tylko na dobre i pozwoliły rozwinąć muzyczne skrzydła.

I jestem przekonany, że koniec końców Filipowi „Szprycer” też wyjdzie na dobre, mimo że teraz pewnie trochę odbija mu się czkawką i być może chłop myśli, że przesadził z bąbelkami. Zresztą, jak to, szprycer?!  To przecież jakieś takie babskie, zupełnie nie w stylu twardych raperów. No jak on mógł?!

To, że hip-hopowa publika w naszym kraju jest z gatunku tych ortodoksyjnych i niechętnie zdejmujących klapki z oczu, wiadomo nie od dziś. Pytanie, czy Taco o tym wiedział i z premedytacją włożył kij w mrowisko, czy może był tak oderwany od całego rapowego półświatka (co – jak pisałem już dawno – jest jego ogromną zaletą), że nie zdawał sobie sprawy, jaką burzę rozpęta. Tak czy siak, wyjdzie z tego silniejszy i jestem pewny, że lawina hejtu go nie podłamie, tylko zmotywuje do wytężonej pracy nad kolejnym albumem, którym pozamyka rozwydrzone mordy, każące nagrywać mu wspólnie z Liberem kawałki do Radia Eska.

Bo pracować jest nad czym i – jak wspominałem wyżej – „Szprycer” genialnym i pozbawionym wad krążkiem z całą pewnością nie jest. Ale ma też mnóstwo zalet.

A ty byś wolał “Illmatic”, więc krzyczysz, że to nie rapik

Po pierwsze, świetne bity (śmiem twierdzić, że najlepsze i najciekawsze, na jakich do tej pory Taco rapował) – Rumak, Zeppy Zep, Borucci  i Duit (zwłaszcza on!) wysmażyli świeże, nowoczesne, przestrzenne brzmienie, udowadniając, że polscy bitmejkerzy zupełnie nie mają czego zazdrościć kolegom po fachu zza oceanu.

Po drugie, to, za co Fifi zebrał najsroższe baty, czyli wokalne eksperymenty, dla mnie jest akurat atutem. Modulowanie głosu, zabawy flow, nawet ten nieszczęsny auto-tune i przyprawiające większość fanów o zgrzytanie zębów, zaczerpnięte od raperów z Atlanty „skrrrt”. Nawet jeśli Taco nie zawsze nadąża za nowoczesnymi bitami, nawet jeśli słychać niedoskonałości w śpiewie, nawet jeśli od poziomu Drake’a, którym w dość oczywisty sposób na „Szprycerze” się inspiruje, wciąż dzieli go jeszcze sporo, to i tak tej EP-ki po prostu przyjemnie się słucha, a jej repeat value jest naprawdę wysoki.

Jasne, tekstowo dzieje się tam niewiele. A przynajmniej mniej niż na poprzednich krążkach Hemingwaya. Są warszawskie kluby („Tlen”), są rozterki gościa przed trzydziestką, który nie do końca wie, jak pokierować swoim życiem („Głupi byt”), są miłosne historyjki („I.S.W.T.”). Sztampa, ktoś powie. Owszem, może i sztampa, ale podana tak, że chce się jej słuchać. Przecież nie każdy album musi być od razu tak świetnie rozkminionym konceptem jak przywoływany już wcześniej „Trójkąt Warszawski” czy przepełniony socjologicznymi spostrzeżeniami jak „Umowa o Dzieło” czy „Wosk”.

Taco sam zapowiedział, że to dziewięć piosenek o wszystkim i o niczym. I tak właśnie jest. Ale, ale, bez przesady, jest sporo dobrych, świetnie złożonych, błyskotliwych linijek, jak choćby te w kończącym album „Saldo ’07”:

Zero miłości w naszym mieście, tej jedynej szukasz
Dwa razy wszedłeś do tej rzeki, do trzech razy sztuka
W tych czterech kątach spędzasz piątek i się pławisz w smutkach
Ten szósty zmysł… Siedem nieszczęść głupio patrzy z lustra

Nie wiem jak Wam, ale mi – zwłaszcza przy lejącym się z nieba żarze – taki rap wchodzi idealnie, a śpiewane czy przebojowe refreny (choćby z „Nostalgii” i „Dele”) wpadają w ucho i nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz je nucić pod nosem.

Taco Hemingway „Szprycerem” pewnie zraził do siebie wielu fanów. A u mnie przeciwnie – sporo zyskał. Bo nie bał się zaryzykować, pójść pod prąd, spróbować czegoś nowego. I nawet jeśli efekt nie jest powalający, to i tak tę odwagę docenić trzeba.

Zresztą, chuj tam. Mnie się „Szprycer” najzwyczajniej w świecie podoba. Lekka, wakacyjna, przyjemna, po prostu fajna płyta. Pozdro, Fifi!

 

3 myśli na temat “Fifi, jak mogłeś?!

  1. Przeczytałem kawałek. Skończyłem na słowach „hiphopowe środowisko ble ble…”.
    Takosz ma tyle wspólnego z hiphopem co metro z Otwockiem. Elo

  2. Cała prawda, w końcu ktoś mądry obiektywnie ocenił płytkę, jest sztos, chłopak się rozwija, ja po tej płytce jedynie chcę jeszcze więcej Fifiego, pozdrawiam!

Dodaj komentarz