Taco, znów to zrobiłeś!

Za każdym razem, gdy w ostatnim czasie zabierałem się za tekst poświęcony Taco Hemingwayowi, czułem się jak adwokat diabła. Cóż, tak będzie i tym razem. Bo Filip znów podpadł znawcom rapu. I znów nie wiem, dlaczego.

Tak było po wydaniu zeszłorocznej EP-ki „Szprycer”, gdy broniłem prawa artysty do eksperymentowania z brzmieniem. Tak też było po wydaniu – w duecie z Quebonafide – albumu „Soma 0,5 mg”, gdy stawałem w opozycji do tych, krytykujących całe przedsięwzięcie już na starcie, tylko dlatego, że dwóch najpopularniejszych raperów w kraju postanowiło połączyć siły i nagrać krążek skierowany do szerszego grona odbiorców niż tylko zatwardziali słuchacze hip-hopu z wieloletnim stażem. Tak też będzie teraz, bo po „Café Belga” znów na Taco Hemingwaya spłynęła lawina hejtu.

A ja po prostu tego gościa lubię. Co prawda nie poznałem go nigdy osobiście (poza jednym zbiciem piątki i szybkim zdjęciem na Open’erze kilka lat temu – jeszcze zanim usłyszała o nim cała Polska), wymieniliśmy ledwie kilka wiadomości na FB (tuż po moim pierwszym wpisie na jego temat, również w czasach, gdy był jeszcze mało rozpoznawalnym raperem, słuchanym przez garstkę zapaleńców ze Ślizgu), ale niezmiennie, od samego początku jego kariery rapowej, wydaje mi się sympatycznym typem. I jakoś nie potrafię skumać, dlaczego – proporcjonalnie do wzrostu jego popularności w masowej świadomości – rośnie ostracyzm wobec jego osoby ze strony tzw. środowiska. Bo obiektywnie patrząc, obecnie jest znacznie lepszym raperem niż w czasach otoczonego kultem „Trójkąta warszawskiego”, bity na jego płytach też są bardziej dopracowane. O co więc chodzi?

Być może o to, że tak spektakularnej kariery w polskim rapie jeszcze nie było. Nikt wcześniej, w tak krótkim czasie, nie zdobył tak ogromnej popularności. I nie mówię tylko o tym, co dzieje się wokół jego osoby aktualnie (w czym na pewno spory udział miał gigantyczny sukces projektu Taconafide), ale też o tym, że w 2015 roku – na przestrzeni kilku miesięcy – z niemal anonimowego gościa stał się głosem pokolenia (do czego wystarczyła jedna EP-ka „Umowa o dzieło”, a w zasadzie kilka wersów z tego albumu), a jego koncert na Open’erze, mimo dramatycznie wczesnej pory i potężnego upału, przyciągnął dzikie tłumy.

Przyznam, że sam wówczas miałem obawy, czy Taco nie okaże się gwiazdą jednego sezonu, ale rok 2016 – najpierw z kolejnym, bardzo dobrym EP, a potem z pierwszym longplayem – rozwiał te wątpliwości. Fifi udowodnił, że nie jest celebrytą, tylko raperem z krwi i kości. Mi imponuje także tym, że od samego początku działa po swojemu. Czyli wbrew panującym trendom, w zasadzie nie ma go w social mediach. Gdy bardzo sporadycznie pojawia się na Facebooku lub Instagramie, to tylko po to, by podzielić się nowymi nagraniami (które też wydawane są zupełnie z zaskoczenia, przy zerowej wcześniejszej promocji). A mimo to (a może dzięki temu?), gdy tylko wychodzi nowy album sygnowany jego ksywką, serwery płoną, a ZPAV już grzeje dla Taco pierwsze miejsce na OLiS-ie. Jakby nie patrzeć, na polskiej scenie to absolutny fenomen.

Jednocześnie, każde kolejne wydawnictwo daje pole do popisu licznym krytykom, recenzentom, znawcom rapu i samozwańczym autorytetom muzycznym. Ci to mają wtedy używanie. Hemingwayowi obrywa się generalnie za wszystko – słyszałem już zarzuty o brak flow, grafomanię, kserowanie Drake’a, oderwanie od rzeczywistości itd. Nie inaczej jest teraz, po wydaniu „Café Belga”. Tym razem zewsząd (choć naprawdę staram się mocno ograniczać liczbę docierających do mnie recenzji czy opinii na temat tej płyty – zawsze tak robię, gdy szykuję się do tekstu poświęconego jakiemuś wydawnictwu, po to, by potem podświadomie nie sugerować się czyimś zdaniem) słyszę głosy, że jak on śmie narzekać na sławę i rozpoznawalność?! Przecież sam się o to prosił!

No tak, może się prosił, może nie prosił, co przecież nie zmienia faktu, że sytuacja, w jakiej się obecnie znalazł, może go uwierać. Mam wrażenie, że Taco sam jest zaskoczony aż tak ogromną popularnością, że nieco go ona przerosła. I dlatego tak chętnie ucieka za granicę, choćby właśnie do Brukseli, gdzie rzeczywiście mieści się tytułowa kawiarnia. A skoro ta przytłaczająca sława, ci wszędobylscy fani, koniecznie chcący pogadać i pstryknąć fotkę na Insta, ten brak możliwości swobodnej wyprawy nad Wisłę, bez konieczności ciągłego pozowania do zdjęć, jest czymś, co aktualnie w jego życiu stanowi największy problem, to o czym innym, do chu*a pana, ma pisać?! Ma udawać, że pod koniec miesiąca dalej nie stać go na Grolsche? Że wciąż chętnie przyjmie przelew od mamy? No proszę was, bez jaj.

Przecież siłą rapu, w przeciwieństwie do wielu innych gatunków, od zawsze jest to, że MC’s nawijają o sobie, o swoich bolączkach, ale i o radościach, o tym, co im leży na wątrobie i sercu. Że są w tym, o czym mówią, autentyczni. A ja akurat Filipowi wierzę, gdy rapuje:

Pojechałem pisać w Café Belga
Czuję, że mogę oddychać w Café Belga
Piję z Filipem znowu tequilę w Café Belga
Chyba jej wyznałem miłość w Café Belga
Nikt nie patrzy na mnie nigdy w Café Belga
Jestem w tłumie, nie jestem inny w Café Belga
Nie robią szumu, nie adorują
Nigdy nie piszczą w Café Belga
Dźwięki migawki zastępują tylko piękne trzaski werbla

Zresztą, jeśli nie dowierzacie jego wersom, przeczytajcie dołączony do „Café Belga” bardzo dobry, obszerny wywiad, przeprowadzony przez Marka Falla. Taco mówi tam m.in. tak:

Mam takie rozkminki, żeby się z Polski wyprowadzić. Stary, jest mi coraz gorzej w Warszawie. Ludzie bywają naprawdę straszni. Zwłaszcza teraz. Przez całe lata nie robiliśmy klipów, więc moja twarz gdzieś tam funkcjonowała, ale to nie miało wpływu na życie prywatne. Po projekcie z Kubą nastąpiła znaczna zmiana na gorsze, jeśli chodzi o normalne funkcjonowanie. Popadłem w taką paranoję, że nawet jeśli nie mam na sobie wzroku, to i tak go czuję.

Mówcie sobie, co chcecie, ale to może być męczące. A historia muzyki zna bardzo wiele przypadków artystów (dużo większego kalibru niż warszawski MC), którzy nie poradzili sobie z nagłym, ogromnym zainteresowaniem ich osobą.

Zresztą kwestię autentyczności na trackach czy też celowania z premedytacją w młodszych odbiorców (to był główny zarzut pod adresem „Somy 0,5 mg”), sam Taco bardzo klarownie wyjaśnił we „Wszystko na niby”:

Nieważne, czy pod sceną ludzi prawie 30 koła
Czy trzydziestu chłopa, te przypadkowe typy z Opola
Zagram tak samo, czy w hostelu mam tu syfu do kolan
Czy apartament Hilton, tak się tworzy smyku renoma
Grałem za 5 dych i browar, grałem za 50 koła
Oni za VIP-y i towar chcą, bym się wstydził, że Soma śmiga po szkołach
Byłem dzieckiem, kiedy siostry mej chłopak
Zabrał na koncert trójki: Webber, Emade Fisz oraz Łona
Wtedy się zachłysnąłem polskim rapem, miałem 11 lat
Mam przeprosić zatem za młody profil mego fana
Powiem krótko, ja z chęcią przyjmę młody profil
Ty masz profil żaden, słuchają nas w korporacjach oraz podstawówkach,
słucha twój dziadek, kumpel, babcia, kuzyn, matka, córka
Rada od wujka, słuchaj
Choć nie skłamałem jeszcze nigdy na tracku
Na wszelki wypadek załóż, że to jest na niby dzieciaku

Na koniec ważna adnotacja. Podobnie, jak było w przypadku „Szprycera” czy albumu Taconafide, tak i teraz wcale nie upieram się, że „Café Belga” to płyta wybitna. Bo wybitna nie jest, ma sporo niedociągnięć (zwłaszcza, jeśli chodzi o śpiew – tu przed Taco jeszcze dużo pracy, by osiągnąć naprawdę przyzwoity poziom), choć słychać też ciągłe doskonalenie warsztatu (wsłuchajcie się chociażby w pięknie poskładane, wypchane wielokrotnymi rymami zwrotki).

Ale mam wrażenie, że w tej całej dyskusji, to nie walory czysto artystyczne są tu najważniejsze. Że tu bardziej chodzi o to, żeby Filipowi, kolokwialnie mówiąc, doje*ać. Że ej, jak to, koleś ma hajs, fejm, dziewczynę-modelkę i jeszcze śmie narzekać, że mu źle?! W dupach się poprzewracało! Sorry, ale ja na taką krytykę się nie godzę. I zamierzam ją piętnować. Bo o ile nie ma nic w złego w wytykaniu muzycznych mankamentów, o tyle włażenie w czyjeś życie z buciorami i ocenianie, czy ktoś ma prawo do złego samopoczucia, czy też nie ma, jest grubym przegięciem i przekroczeniem nieprzekraczalnej granicy intymności każdego człowieka. Tyle.

A nie, jeszcze jedno. Koniecznie sprawdźcie „Flagey EP”, dołączane do fizycznej wersji „Cafe Belga”. Tam –  w przeciwieństwie do LP – nie ma słabego numeru, a „Anja” i „Czarna kawa czeka” to jedne z najlepszych kawałków, jakie Fifi nagrał w całej swojej karierze. Zarapowane z werwą, pełne emocji i mocnych linijek. Chyba rzeczywiście Taco Hemingway to raper, który najlepiej wypada na krótszych wydawnictwach. Bo jak do tej pory to EP-ki stanowią najsilniejsze pozycje w jego dyskografii.

Dodaj komentarz